Zniszcz ten dziennik. Wszędzie

Zniszcz ten dziennik. Wszędzie - Keri Smith

Nie minęło jeszcze parę miesięcy od mojej opinii do „To nie książki”, (gdzie wyraziłam obawę przed kolejnym tworem Keri Smith oraz nadzieję, że nie zobaczę na sklepowych półkach już żadnego nowego „dzieła”), a już mamy kolejną książkę. Tym razem jest tańsza (jedyne 15zł) oraz mniejsza (bo to wydanie kieszonkowe).

Ciężko stwierdzić, że ją przeczytałam (bardziej przejrzałam), bo jak w poprzednich „dziełach” autorki: niewiele tu jest do czytania. Konwencja pozostaje ta sama co zawsze. Znowu mamy okazję zniszczyć książkę i jeszcze za to zapłacić niemałą kasę (jak na tak cienką kieszonkową książkę to te 15zł to i tak dużo).

Dlaczego „Zniszcz ten dziennik. Wszędzie” dostaje ode mnie jedną gwiazdkę, skoro debiutancki „Zniszcz ten dziennik” miał dwie, a „To nie książka” tylko (i aż) trzy gwiazdki?
Oto powody:
1) to kolejne wyrzucenie pieniędzy - lepiej wydać te 15zł na coś (cokolwiek by to było) innego lub dołożyć do naprawdę porządnej książki,
2) żerowanie na naiwności ludzkiej (żeby nie powiedzieć głupocie), zaczyna już się robić nudne. Tym bardziej jeśli to żerowanie jest podszyte hasłami typu: „konstruktywna destrukcja”, „wyrażanie siebie”, „realizowanie twórczych pomysłów” etc.,
3) przeglądając ową książkę zauważyłam, iż w tym przypadku mamy przykład idealnego przepisu na to jak stworzyć coś, na czym można zarobić. Nie trzeba się wiele wysilać. Jaki to przepis? Wystarczy do tytułu „Zniszcz ten dziennik” dopisać po kropce „Wszędzie”, wydać jako wydanie kieszonkowe (żeby można było zgodnie z tytułem niszczyć wszędzie) i umieścić na okładce dopisek „nowe zadania”. Bardzo dobrym chwytem marketingowym jest też napis: „edycja limitowana” (typowe zagranie aby przyciągnąć jeszcze większą liczę nabywców).
A co jest w tym wszystkim najlepsze? Mam jeszcze w pamięci sporą większość zadań ze „Zniszcz ten dziennik”. Przejrzałam kieszonkowe wydanie i mogę stwierdzić, że tych nowych zadań nie ma tam wiele. W zasadzie to one są idealnym przekopiowaniem tego, co było w pierwszej książce z tej serii. Znowu możemy ją upaprać, poplamić, popisać wyhodować na niej coś, przykleić coś, szurać nią, podrzeć, znaleźć sposób na ubranie się w nią… itd. Nic nowego. Aż chce się zanucić pod nosem „Ale to już było…”

Właśnie dlatego ta jedna gwiazdka. O ile „Zniszcz ten dziennik” to była nowinka na rynku (głupia, bo głupia ale jednak coś innego), o tyle „Zniszcz ten dziennik. Wszędzie” jest ewidentnym przykładem na dodatkowe „zdarcie” pieniędzy z naiwnych, którzy uwierzą w oszustwa z okładki.
Rozwieję więc wątpliwości: nie, nie znajdziecie w niej nic nowego. Znajdziecie te same zadania co w poprzednich książkach z tej serii tyle, że w mniejszym formacie (i to nie wszystkie, bo inaczej to kieszonkowe wydanie musiałoby być chyba 2 razy tyle grubsze). Z jednej strony wcale się nie dziwię. W końcu ileż można tego wymyślać…?

W dalszym ciągu uważam, że kreatywną destrukcję można wykonać biorąc zwykłą czystą kartkę lub - jeśli już chcemy w formie wielu kartek - wystarczy tani brulion za około 2zł. Miałoby to większy sens, bo przynajmniej moglibyśmy wymyślić własne zadania bez niczyich podpowiedzi co zrobić z daną kartką. Czy jako istoty myślące, aby dokonać kreatywnej destrukcji naprawdę potrzebujemy żeby nam dyktować na każdej stronie co mamy z tą stroną zrobić? I gdzie w tym wszystkim własna kreatywność? Gdzie te NASZE twórcze pomysły? Skoro wykonujemy jak małpa cudze pomysły pod dyktando, a jedynym miejscem na dokonanie własnego twórczego pomysłu jest ta strona z hasłem typu: „Tutaj zaprezentuj własny pomysł na to jak zniszczyć tą stronę”. Swoją drogą: czy naprawdę trzeba to komuś pisać? To dla kogo jest ta książka? Dla ludzi myślących, chcących zaprezentować na niej WŁASNE, twórcze pomysły i WŁASNĄ, kreatywną destrukcję? Czy ta destrukcja w dalszym ciągu jest jeszcze nasza własna? Patrząc na całokształt szczerze w to wątpię. To ciągle jest bezmyślne wykonywanie zadań, założonych prze autorkę książki, pod pięknie brzmiącym hasłem „kreatywnej destrukcji”, w ramach (pseudo)psychoterapii. 

Ze swojej strony książki nie polecam. Mimo, że to jest cieńsze kieszonkowe wydanie. Nawet jeśli w danej chwili macie 15zł na zbyciu a nie wiecie co dokładnie z nimi zrobić lepiej dołożyć do wymarzonej książki, wyszaleć się na imprezie tudzież wpłacić na konto dowolnie wybranej akcji charytatywnej lub cokolwiek innego, co byłoby WASZYM WŁASNYM, wartościowym pomysłem na wykorzystanie danego nominału.