Światło, które utraciliśmy

Swiatlo, ktore utracilismy - Jill Santopolo

Sięgnęłam po "Światło, które utraciliśmy" przez wzgląd na bardzo pozytywne recenzje i głosy zachwytu mówiące, iż jest to historia nad wyraz urzekająca, wciągająca oraz niebywale wzruszająca.

Nie jest łatwo mnie wzruszyć, aczkolwiek są książki, które i tego potrafią dokonać. Ta do nich z pewnością nie należy. Czy historia mnie urzekła, jako - jak czytałam w opiniach - "jedna z najpiękniejszych historii miłosnych" ? Absolutnie! I patrząc po ocenach i opiniach na portalach książkowych, ze swoją niską oceną, jestem w wyraźnej mniejszości.

Zacznę jednak od wymienienia plusów, bo jest ich mniej. Plusem owej książki jest fakt, iż szybko się ją czyta, a to za sprawą krótkich (a niekiedy bardzo krótkich, bo tylko obejmujących dwie strony) rozdziałów. Drugim plusem jest w miarę duża czcionka, co też ułatwia czytanie.
I na tym niestety plusy się kończą. Poważnie: więcej nie widzę.

Przejdę do minusów.
Przede wszystkim najgorsza rzecz, jaką autorka popełniła to styl językowy. Już od pierwszych rozdziałów czytelnik może zauważyć sposób, w jaki jest ona napisana. Kto więc zacznie książkę i w pewnym momencie zorientuje się, że styl wypowiedzi trochę odbiega od zazwyczaj spotykanej normy, temu od razu mówię: tak, autorka ciągnie tak do samego końca. W tym momencie naprawdę dziwię się tym wszystkich zachwytom... Serio, nikogo to nie zmęczyło? Jak długo można czytać taką formę wypowiedzi: "Zapytałam ciebie i ty odpowiedziałeś mi (...)", "Zrobiłeś (...), a ja powiedziałam (...)" - i wiele podobnych? I tak przez bite 352 strony i prawie 80 rozdziałów! Darujcie... Ja rozumiem, że główna bohaterka zwraca się we wspomnieniach do swojego najukochańszego, lecz czy naprawdę musi tak być przez całą książkę? I co z tego, że rozdziały są krótkie, skoro autorka tą formą tylko morduje czytelnika? Przez to książka około połowy zaczęła mnie nie tylko męczyć, ale też nużyć, do tego stopnia, że poważnie zaczęłam się zastanawiać nad rzuceniem tego gniotu w diabły, choć nie leży to w mojej "czytelniczej naturze". W rezultacie zamiast skończyć książkę "w jedną noc" (jak reszta urzeczonych), w końcu zmęczyłam ją w niemal trzy miesiące.

Nazywam książkę gniotem nie bez przyczyny. Poza męczącą pisarską formą, dołożyć tu można fragmenty brzmiące iście grafomańsko, co w połączeniu ze wspomnianą formą wypowiedzi daje wręcz piorunujący efekt... Jakby tego było mało, po połowie książki zaczął mnie denerwować fakt, iż spora część rozdziałów często rozpoczyna się od jakiegoś bardzo mądrego, życiowego przesłania naszej bohaterki. Dlaczego mnie to denerwuje? Bo sama bohaterka w pewnym momencie jawiła mi się jako osoba wyjątkowo głupia i wyjątkowo "ślepa". I choć chwilami miałam poczucie, że może jednak niesprawiedliwie ją oceniam, to jednak to, co uczyniła pod koniec książki tylko utwierdziło mnie w swoim przekonaniu. Właśnie dlatego tym bardziej nie zgodzę się ze stwierdzeniem jakoby ta historia miała być urzekająca. Nie, zachowanie tej - nazwijmy to - zaślepionej, niemożebnie niemądrej kobiety nie ma w sobie ani niczego urzekającego, ani tym bardziej wzruszającego. Jeśli więc kiedykolwiek przeczytam, że ta historia jest dla kogoś najpiękniejszą, najbardziej wzruszającą, urzekającą... i tak dalej (w tym miejscu dodajcie resztę "naj"), będzie to dla mnie zakrawało wręcz na śmieszność, o ile wypowiadająca się osoba będzie miała powyżej kilkanaście lat. Nie kupuję tej historii! A jedyne, co czuję to tylko współczucie dla Darrena i dzieci.

Książkę oceniam jako bardzo słabą i zapisze mi się ona w pamięci jako: jedna z najbardziej denerwujących, dennych, miałkich, ocierających się o grafomaństwo historii, którą mi się źle czytało, pomimo krótkich (często "samo się czytających") rozdziałów; której lektura zamiast przyjemnością,  stała się katorgą.
I nie, nie polecam jej. To jedna z najgorszych książek, jakie w życiu przeczytałam, której nie daję najniższej oceny tylko przez wzgląd na dosłownie parę niezłych cytatów, jakie udało mi się wyłuskać.