Znalezione niekradzione

Znalezione niekradzione - Stephen King

CYKL: "BILL HODGES" (TOM II)

Stephen King w drugim tomie przygód emerytowanego policjanta Bill'a Hodges'a snuje całkiem inną opowieść, która tylko nieznacznie zahaczy o Zabójcę z Mercedesa (mała, ale za to zręcznie wkomponowana zapowiedź tego, co będzie miało [zapewne] miejsce w trzecim tomie). To, co ma tutaj związek z pierwszym tomem, to w większości osoba policjanta i jego asystentki Holly, a także niejaka Barbara i jej brat Jerome.

Co autor serwuje tu czytelnikowi? Mamy morderstwo znanego pisarza, rabunek wartościowych rzeczy, osadzenie za zupełnie inne przewinienie. Po latach mamy odnalezienie cennego łupu przez młodego chłopca, pewien ładny, acz niebezpieczny uczynek i strach przed przeszłością, która w teraźniejszości chce odzyskać to, co zostało stracone. Mniej więcej tak można w skrócie przedstawić to, o czym czytamy na tylnej okładce, i co delikatnie zarysowuje fabułę, a jednocześnie jest nad wyraz... przewidywalne.

Książka "Znalezione niekradzione" jest podzielona na trzy części. W moim odczuciu jej pierwsza część jest bardzo ciekawa, intrygująca. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że najciekawsza i najbardziej zajmująca od dwóch pozostałych. Druga część mnie interesowała, prawie na równi z pierwszą. Byłaby lepsza, gdyby nie niewiele wnoszące do treści fragmenty niezwiązanego z głównym wątkiem śledztwa, jakie prowadzi Hodges. Ale i tak według mnie najgorszym mankamentem tej części (jak i co do całości książki) jest pojawienie się irytującej asystentki Hodges'a - Holly. King osiągnął szczyt mojej irytacji wyjściem Holly i Bill'a do kina... Na szczęście nie rozpisywał się o tym długo, aczkolwiek nie wiem po co to było, skoro nie wniosło to niczego do przebiegu fabuły, a rozmowy policjanta i Holly o Jennifer Aniston jedynie zaburzyły mi odbiór książki i kazały pomyśleć: "no, Panie Autorze, Pan chyba jesteś niepoważny. Pan sobie ze mną w kulki lecisz! Pan się nazywasz Stephen King, czy Emily Giffin?"
Od połowy drugiej części tempo znacznie straciło i ten stan trwał do połowy trzeciej części tej opowieści. Czyli do czasu, gdy King wrócił na właściwe tory i pokazał czytelnikowi prawdziwy thriller w swoim starym, dobrym stylu.

Jako, że jest to drugi tom trylogii, nie uniknie on porównań. I tak: choć "Pana Mercedesa" przeczytałam już dość dawno temu, to odnoszę wrażenie, iż jest on nieco lepszy od "Znalezione niekradzione". Oba tomy czytałam z zaciekawieniem i bywało, że nie mogłam doczekać się tego, co nastąpi w następnym rozdziale. Ale kilka elementów drugiego tomu nieco mnie zdegustowało. Abstrahując od postaci Holly Gibney, było to chociażby kilka naciąganych sytuacji i niedociągnięć w fabule i fakt, że książka jest dość przewidywalna.

Przymknę jednak oko na te minusy i wystawiam jej taką samą ocenę jak "Panu Mercedesowi" - czyli dobrą - gdyż lektura tej książki potrafiła zająć moje myśli na parę wieczorów.

Tytuł polecam, bo choć - tak patrząc z uwagi na lekko podobne wątki - druga "Misery" to to nie jest (a tym samym nie jest to King w swoim najlepszym wydaniu), to jednak warto spędzić te parę chwil z Morrisem Bellamym, Peterem Saubersem i, rzecz jasna emerytowanym policjantem Hodgesem.

Oczywiście nikt nie musi się ze mną zgodzić, bo - jak wiadomo - cytując jednego z bohaterów owej książki: "Opinia jest jak dupa, każdy ma swoją".