Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?

Czy Bog wybaczy siostrze Bernadetcie? - Kopinska Justyna

Sięgając po reportaż Justyny Kopińskiej, wiedziałam czego mogę się spodziewać, nie tylko ze słyszenia przed laty głośnej medialnie sprawy siostry Bernadetty, ale też dzięki lekturze „Diabelskiego nasienia” oraz dzięki filmom, takim jak np. „Siostry Magdalenki”. Dlatego nie było dla mnie wielką nowością to, co mogłam tu przeczytać. Jedyną różnicą, jaka dzieli wspomnianą przeze mnie wcześniej książkę i film, jest fakt, iż wydarzenia opisywane w „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” działy się na tzw. „naszym rodzimym podwórku”, a co bardziej szokujące: stosunkowo niedawno - już w XXI wieku. Tu mamy Zabrze, Ośrodek Wychowawczy Sióstr św. Karola Boromeusza. I, choć możemy podczas czytania spotkać się z opisywaniem wydarzeń datowanych na lata nam współczesne, to niejednokrotnie aż chce się krzyknąć: „Witaj średniowiecze!”.

Spotkać się tu możemy z licznymi (i wstrząsającymi) zeznaniami tych dzieci, które opowiedziały w prokuraturze o wydarzeniach z ośrodka. Jak więc nietrudno się domyślić możemy tu przeczytać o siostrach „miłosiernych”, mających pełnić zadania, dydaktyczne, wychowawcze, które w całym swoim oddaniu dla wychowanków (czytaj: repertuarze/szerokim wachlarzu kar) fizycznie i psychicznie maltretowały swoich podopiecznych. Bicie czym popadnie, znęcanie się (na porządku dziennym), absurdalne „średniowieczne” kary, przyzwalanie na gwałty – to tylko nieliczne „cudowne metody wychowawcze”, o jakich tu możemy przeczytać, na które siostry „tak zwanego miłosierdzia” miały pełne przyzwolenie od przełożonej Dyrektor siostry Brnadetty.
Oprócz tego przeczytać możemy także o tym jak wyglądało zatrzymanie siostry Bernadetty, oskarżenie, proces oraz jej odwoływanie się od wyroku, gdzie uderza reakcja samej zainteresowanej wraz z jej (odgrażającymi się) słowami: „- To atak na Kościół!”

Książka ta skłania do refleksji. Pojawia się pytanie: dlaczego przyzwala się na takie tortury? Dlaczego ludzie nie reagują? Pada w tym reportażu jeden cytat, który mógłby być też bardzo dobrym podsumowaniem całości książki:

„Sprawa wygląda tak: dzieci, które mówią, że jest źle są na każdym kroku upokarzane, a siostry od dawna je biją. Mnóstwo dorosłych natomiast powtarza, że wszystko jest dobrze, a siostry są wspaniałe.”

Pojawia się więc jeszcze inne pytanie: dlaczego dorośli powtarzają, że siostry są wspaniałe? Dlaczego jest takie przyzwolenie na te tortury? To jest to, co w tym reportażu uderza czytelnika bardziej, niż same opisy tych tortur. Ludzie przymykają oczy na to, bo nie chcą widzieć problemu. Co jest jeszcze bardziej wstrząsające, to fakt, iż niektóre osoby z organów, które mogłyby szybko i skutecznie zaprzestać temu procederowi, były głuche na wyraźnie negatywne opinie o ośrodku (przykładem przełożeni Rzecznika Praw Dziecka Mariana Osucha, który to rzecznik chciał się tą sprawą zająć i doprowadzić do końca torturom ze strony sióstr Boromeuszek).
Bo, według pewnego kręgu osób, duchowni to ludzie, których wręcz nie wolno krytykować. Istnieje bzdurne przeświadczenie, że osoba duchowna (kleryk), jest z reguły „dobra” (uchodzi za „dobroduszną”) i z założenia nie może nikomu wyrządzić krzywdy. Nikt nie postrzega (lub nie chce postrzegać) klerykalnych osób zajmujących się wychowaniem dzieci w instytucjach do tego powołanych, za tych wychowawców, którzy też stoją na równi z wychowawcami świeckimi. Niektórzy wciąż wolą wierzyć w mit dobrej, bogobojnej, wiecznie uczciwej siostry zakonnej, zamiast czasem zrzucić klapki z oczu i zobaczyć jak wygląda prawda.
To przeświadczenie osób wierzących, na temat wielkiej dobroci duchownych, najlepiej obrazuje poniższy cytat:

„- To konflikt wiary. Jestem katoliczką i nie będę donosić na siostry zakonne.”

Nie rozumiem podejścia osób mających się za katolików, postępujących (podobno) według zasad moralnych; osób, które często lubią powtarzać - niczym mantrę - to swoje słynne: „szanuj bliźniego, jak siebie samego”, a później, gdy pojawia się problem, „szanują” poprzez zamykanie oczu. Zastanawia mnie czy „szanując bliźniego” (w tym przypadku te niewinne dzieci), ci, którzy tak ochoczo zasłaniają się swoją wiarą, pomyśleli choć raz: czy będąc na miejscu tych bliźnich, też chciałbym/abym być traktowany/a jak wychowankowie tego ośrodka? Czy te osoby też chciałyby, aby inni woleli milczeć w ich sprawie, gdyby to im działa się krzywda?
To milczenie ze strony osób, które przy odrobinie chęci (zwłaszcza chęci do nie oglądania się - choć na chwilę – na swoją religijność) by dostrzec problem – to milczenie jest tu jedną z rzeczy, która najbardziej wstrząsa. Dobitnie podkreślają ten fakt poniższe (trafiające „w punkt”) słowa jednej z wychowanek ośrodka:

„Nawet jakby miały nas zabić, to mówiliśmy prawdę. Choć to było duże ryzyko. Bo dorośli zwykle chcą słyszeć wszystko, oprócz prawdy.”

Jestem w stanie zrozumieć fakt, że ktoś „boi się wychylać” i woli milczeć aby np. nie stracić swojego stanowiska pracy – w tego typu sprawie jest to także straszne, ale niestety prawdziwe, ponieważ trudna jest tzw. „walka z systemem”, zwłaszcza gdy jest się jednostką i nie ma się po swojej stronie innych (także osób stojących wyżej – przykładem wspomniany wcześniej Rzecznik Praw Dziecka/wizytator Marian Osuch). A niestety społeczeństwo wielokrotnie pokazuje, że woli się „nie mieszać”, gdy coś się dzieje, udawać, że wszystko jest w porządku i o niczym nie wiedzą. W takich sytuacjach osobą najbardziej „poszkodowaną” jest ten, który chce (lub chciał) się "wychylić".
W tego typu sprawach nie pojmuję jednak określenia, że „to konflikt wiary” Jaki konflikt? Jakiej wiary? Co ma wspólnego czyjaś wiara/religijność do tego, by móc poddać sprawiedliwej ocenie kogoś, kto postępuje niemoralnie, nawet, jeśli tą niemoralnie złą osobą jest osoba duchowna?
Widocznie (dla niektórych ludzi), lepiej jest wierzyć, że to dzieci są winne. One są złe. Dlaczego? Bo są dziećmi z patologicznych rodzin? Tak, jak w tym fragmencie:

„Siostra Bernadetta jest miłą, delikatną osobą. A to dzieci alkoholików, narkomanów. Przecież w takim dziecku, nawet jak ma trzy lata, może tkwić diabeł.”

I można by powiedzieć, że przytoczone wyżej słowa, wypowiedział ktoś niedouczony, bądź – mówiąc ładniej - nieposiadający wystarczającej wiedzy pedagogicznej, itp. Tym bardziej więc dziwi fakt, że to słowa nauczycielki. Poprawka: nauczycielki-katoliczki. Wyznawczyni tej religii, która uczy miłości do bliźniego. Tej „jedynej, słusznej” religii potępiającej zło i gloryfikującej dobro. Absurd? Hipokryzja?

Ta możliwość refleksji oraz fakt, że książkę czyta się bardzo szybko i z dużym zainteresowaniem, to są niewątpliwie mocne atuty dla tego reportażu. Minusem jest to, że książka posiada sporą liczbę powtórzeń i haseł, z którymi czytelnik spotyka się już na początku, a później około połowy orientuje się, że oto po raz kolejny czyta o wachlowaniu prześcieradłem, wchodzeniu starszych chłopców do łóżek tych młodszych dzieci oraz biciu warzechą. To jest minus, który po pewnym czasie może zacząć denerwować.

Z uwagi jednak na istotny i bardzo ważny temat oraz na opisane powyżej plusy, oceniam książkę jako bardzo dobrą. Reportaż polecam wszystkim a zwłaszcza tym, którzy jeszcze dziś (jeśli tacy są) nie chcą uwierzyć w winę sióstr Boromeuszek (czy też ogólnie: w winę jakichkolwiek osób duchownych w innych podobnych sprawach). Bo przecież lepiej jest nie widzieć problemu, „umyć ręce”, zamknąć oczy i zasłonić się swoją religijnością, niż spojrzeć na problem i dostrzec to, co naprawdę jest złe. A potem przed samym sobą zmierzyć się z prawdą, która brzmi: „Tak, osoby duchowne też mogą wyrządzić krzywdę”.