Chłopiec, którego nikt nie kochał

Chłopiec, którego nikt nie kochał - Casey Watson

Mike i Casey Watsonowie pracują prowadzą tak zwany "dom ostatniej szansy". Co to oznacza? Ich zadaniem jest sprawowanie opieki nad dziećmi pokrzywdzonymi przez los. Pewnego dnia "pod ich skrzydła" trafia niejaki Justin. Chłopiec, który nie doświadczył miłości ze strony żadnej znanej mu dorosłej osoby. Dopiero w domu Watsonów uczy się na nowo funkcjonowania w rodzinie. Dla Watsonów to też jest lekcja - Justin jest pierwszym dzieckiem z tal zwanego "programu", którym mają się zająć. Relacje Justina z nową rodziną nie od początku układają się doskonale. Wręcz przeciwnie. Jak przebiega jego pobyt u Mike'a i Casey? Z jakimi nowymi problemami muszą się zmierzyć Watsonowie? O tym należy się dowiedzieć z lektury tej książki.

Autorką książki jest sama Casey Watson, także mamy opisywane wydarzenia z punktu widzenia samej "matki zastępczej".
Oprócz wszelkich trudów wychowywania Justina oraz wszystkich wzlotów i upadków jego pobytu w ich rodzinie, mamy także możliwość poznania reszty członków rodziny autorki. i tak są tu syn Watsonów Kieron, ich córka Rile z mężem Davidem i wielu innych (także pracownicy opieki społecznej).

Przyszła pora na wytłumaczenie mojej niskiej oceny. Dlaczego tylko cztery gwiazdki?
Po pierwsze - i to jest najważniejszy zarzut dla tej książki - za dużo w niej opisów rodziny Pani Watson. Ja rozumiem, to musi być, w końcu Justin wychowywał się nie tylko z nimi, no i niektóre zachowania tego chłopca oddziaływały mocno także na dzieci Watsonów, ale... Właśnie. Pierwsza połowa książki była dla mnie monstrualnie nudna. po prostu. Autorka za bardzo skupiła się w niektórych rozdziałach głownie na swoich dzieciach. Raz czytamy kilka rozdziałów poświęconych (dla przykładu) Kieronowi, potem "coś tam trochę o Justinie", znowu rozdział wyłącznie o córce i jej mężu Davidzie. I tak w kółko. Jeszcze lepiej, że między tymi sytuacjami wplecione są rozdziały gdzie autorka rozpisuje się nam przez większość czasu na temat działania takich rodzin zastępczych jak oni, czy też działań opieki społecznej. Wdając się przy tym w sporo szczegółów. Bądź co bądź mamy tu tytuł "Chłopiec, którego nikt nie kochał" a przez pierwszą połowę książki miałam momentami wrażenie, że ktoś pomylił okładki. I tak, zainteresowana losami tego chłopca musiałam przebrnąć przez sporo mniej interesujących fragmentów (niektóre z nich nie wniosły niczego szczególnego do treści).
Na szczęście wszystko rekompensuje ostatnie pięć czy sześć rozdziałów włącznie z końcowym epilogiem, choć i tak uczucie niedosytu pozostało.

Po drugie - i to już bardziej takie moje osobiste odczucie - postać Justina od pewnego momentu przestała wzbudzać moją sympatię a nawet współczucie. Delikatnie mówiąc. A stało się tak od pewnego incydentu dotyczącego niejakiego psa Boba. Justin wzbudził we mnie złość w tym momencie, która to złość utrzymywała się prawie do końca. Jak wspomniałam to moje odczucie, bo ja po prostu nie wybaczam takich zachowań. Ci, co czytali zapewne wiedzą jaki to incydent, a ci, którzy przeczytają dowiedzą się co tak mnie rozzłościło.
Z jednej strony może to dobrze, że książka wzbudziła emocje, nie zmienia to jednak faktu, że czytało mi się ją znacznie gorzej i tak trochę "na siłę".

Choć ogólnie mówiąc nie polecam tej książki głównie przez wzgląd na wtrącanie przez autorkę zdarzeń/opisów nie raz niewiele wnoszących do opowiadanej historii. I kiedy naprawdę czytelnik chce dowiedzieć się czegoś więcej o Justinie (w końcu to on jest główną postacią) to musi najpierw poznać szczegóły z życia Watsonów i ich dzieci albo szczegóły dotyczące działania takich rodzin zastępczych czy też opieki społecznej. Były chwile, kiedy chciałam niektóre z tych opisów pominąć ale nie mogłam - bo zawsze autorka mogła zacząć pisać konkrety. Tutaj - i jest to trzeci powód niskiej oceny - zdarza się że te konkrety pojawiają się z znienacka. Autorka przez pierwszą połowę "skacze z tematu na temat": raz podając konkrety na temat Justina, raz pisząc np. mało interesujące suche fakty o opiece społecznej.

Czwarty zarzut - tyczy się wydawnictwa i konkretnie tego wydania: sporo w niej literówek. I może to się wydawać mało znaczące ale za to bardzo irytuje. Pół biedy gdy jest zamieniona literka w słowie. Jednak szczególnie to denerwuje gdy brak jakiegoś łącznika między wyrazami co sprawi, że zdanie stanie się bez sensu.

Książki nie polecam, ale też nie odradzam, choć jeśli ktoś lubi czytać konkretnie na jakiś temat a nie lubi "wędrówek po tematach" i takiego opisywania rzeczy mało istotnych to w przypadku tej książki można się rozczarować. Aczkolwiek nie uważam historii chłopca za mało istotną. Wręcz przeciwnie - takie rzeczy nie podlegają ocenie. To, co przeżył było piekłem na ziemi, traumatycznym doświadczeniem, jakiego nigdy nie powinno przeżyć żadne dziecko.
Na samym końcu książka potrafi wzruszyć i choćby dlatego warto się z nią zapoznać. Tylko wcześniej trzeba się przygotować na to, że z początku będzie nieco nudno.