Królestwo

Królestwo - Emmanuel Carrère

Swoją opinię „Królestwa” zacznę trochę nietypowo, bo od jej oceny. Wystawiam jej zasłużone sześć gwiazdek, co oznacza dla mnie książkę „dobrą”. Jednakże moja ocena jest lekko naciągnięta. Aby najlepiej zobrazować motywy, jakimi kierowałam się podczas podejmowania decyzji o ostatecznej ilości gwiazdek, poniżej posłużę się opisem swoich refleksji, jakie towarzyszyły mi podczas lektury owej książki.

Nie wliczając prologu, „Królestwo” podzielone jest na cztery części. Część zatytułowana „Kryzys” obejmuje zwierzenia autora. Carrère szczegółowo przedstawia tu kolejne etapy swojego nawrócenia na religię chrześcijańską. Dzięki przytoczeniu przez niego fragmentów jego zapisków, notatek pochodzących z zeszytów prowadzonych w okresie jego największej fascynacji chrześcijaństwem, czytelnik może poznać sporo towarzyszących mu refleksji. Kolejne akapity pochłonęłam więc ze sporym zainteresowaniem, gdyż mogłam wejrzeć w przemyślenia wewnętrzne człowieka, który poszukując sensu życia skłonił się ku wierze katolickiej.

W pierwszej część zatytułowanej „Paweł” chrześcijaństwo jeszcze się nie narodziło. Carrère pokazuje jak kształtowały się dzieje nurtu, który dopiero z czasem przekształcił się w religię, jaką dziś nazywamy chrześcijaństwem. Chrześcijaństwem, które w owych czasach wiele czerpało z innych religii - głównie judaizmu. Tu poznajemy Żyda Pawła, jego mowę o nadejściu Mesjasza i słuchającego owej oratorskiej mowy Łukasza – greckiego apostoła. Tutaj czytelnikowi przedstawiono gniew Boga za niewypełnienie jego woli oraz natchnionych kaznodziejów stosujących zasadę „kija i marchewki”. Przy tych opisach autor posługuje się także fragmentami zaczerpniętymi z różnych przekładów Biblii. Też z przekładu Renana, który to sprowadził dzieje Jezusa do losów normalnego człowieka – buntownika swoich czasów, a nie bóstwa. Począwszy od interesującego prologu po połowę pierwszej części, książkę czyta się bardzo dobrze. Lekkie zachwianie tego wrażenia odczułam, kiedy to zbliżając się do końca pierwszej części zauważyłam przesyt powodowany nagromadzeniem cytatów biblijnych – także przemyśleń autora, jego wierzeń z tamtego okresu. O ile na początku były ciekawe i sensowne, o tyle z czasem zaczęły być jednak banałami o katolickim wydźwięku.

Początek drugiej części dłużył mi się tylko trochę. Lektura tych fragmentów pozwoliła mi wyróżnić parę interesujących informacji, między innymi to, czym jest modlitwa, a także jakie dokładnie znaczenie ma to słowo. Jednym z ciekawszych zagadnień, o których wspomina tu autor jest temat powstania pierwszego Kościoła. Pod koniec, druga część książki zaczęła mnie jednak nużyć, do tego stopnia, że chwilami chciałam żeby się już skończyła.

„Śledztwo” to trzecia część, która opisuje głównie czasy życia i działalności Jezusa. Czyli bunty, rozboje. Dla mnie, są to najciekawsze fragmenty, w których to autor przedstawił Jezusa jako zwykłego człowieka, buntownika politycznego, wichrzyciela, który poniósł karę śmierci – taką, jaką w owych czasach stosowano wobec tych, których chciano „stracić” za ich przewinienia. Przy okazji, na przykładzie zapisów ewangelicznych można zauważyć rzecz, będącą też obecnie „na czasie”. Mianowicie: przekłamania co do liczebności osób protestujących w manifestacjach zdarzały się od zawsze… już wtedy, gdy nie było telewizji, sondaży etc. Część ta pokazuje też, jak wiele jest rozbieżności w poszczególnych Ewangeliach, opisujących jeden i ten sam moment jakim jest zmartwychwstanie. Mit zmartwychwstania to zresztą kolejny opis, który autor przedstawił w ciekawy sposób. W tej - skądinąd - interesującej części, znalazł się jednak fragment będący solą w oku czytelnika. Mowa o zupełnie niepasujących do całości książki (i wbrew pozorom nudnych) dwóch rozdziałach poświęconych erotycznej fascynacji autora, jaką jest jego zamiłowanie do filmów pornograficznych. Wprawdzie dalej mamy opisy Maryi – zawsze dziewicy. Jednakże z której strony by na to nie popatrzeć i przy największych chęciach „przymrużenia” na to oka, te dwa rozdziały mają się do reszty jak piernik do wiatraka. Wynurzenia te psują przyjemność z czytania, a czytelnikowi podświadomie karzą spojrzeć na osobę samego autora pobłażliwie nasuwając też przekonanie o braku profesjonalizmu zamiast kunszcie literackim.

Przy lekturze ostatniej części zatytułowanej „Łukasz”, miałam mieszane uczucia. Z uwagi na to, iż to ostatnia część, z jednej strony czekałam na zreflektowanie się autora po sporej ilości nieco nużących fragmentów, z jakimi spotkałam się w poprzednich częściach (zwłaszcza w „Pawle”). I owszem, tutaj spotkałam się z ciekawymi fragmentami opisującymi historyczne fakty. Ale większość tej części niestety mnie nudziła. Pomijając interesujące mnie opisy historyczne (między innymi te, dotyczące przeistoczenia Judei w Palestynę i zrujnowania Jerozolimy), czwarta część książki niestety w większości mnie znudziła. Zwłaszcza jej ostatnie sto stron, gdzie już tylko patrzyłam kiedy nastąpi koniec.

Po serii zanudzenia czytelnika w czwartej części książki, najciekawszym momentem staje się epilog. Momentem, gdyż jest to rzeczywiście „moment”. Tu znalazłam nie tylko zarys tworzenia się instytucji zwanej Kościołem, ale też początki tworzenia się kleru. Zrobiło się bardzo interesująco. Pojawiło się „światło” i przekonanie, że oto za chwilę autor odsłoni swoje najlepsze karty. Niestety w tym momencie książka się kończy, a czytelnik pozostaje z uczuciem, jakby nagle owo „światło” zaczęło przygasać – uczuciem niedosytu.

Podsumowując, z powyższych moich refleksji wynika jedno: „Królestwo” to książka ciekawa ale chwilami nierówna. Zainteresowanie czytelnika rozbudzone już na samym początku zaczyna słabnąć wraz drugą częścią. Zbliżając się ku połowie książki, odnieść można wrażenie sinusoidy. Raz autor rzuca ciekawymi faktami i intryguje. Innym razem zanudza dłużącymi się opisami. Następnie znów przyciąga uwagę tematem, podaje wiele ciekawych, odautorskich przemyśleń, by później wprowadzić w konsternację swoim, wyrwanym z kontekstu, erotycznym wynurzeniem. Następne rozdziały, choć opisują historyczne fakty nużą i wzbudzają u czytelnika chęć jak najszybszego ukończenia książki. Epilogiem autor ratuje ostatnie tlące się jeszcze iskierki nadziei. Udaje mu się to, aczkolwiek pozostaje lekki niedosyt.

Choć chwilami miałam ochotę wystawić tylko pięć gwiazdek, pozostaję przy sześciu. Nie mogę uznać za przeciętną książki, która jest ciekawa, powstawała latami i, w której autor w sposób racjonalny ukazuje historię powstania wiary chrześcijańskiej i Kościoła. Na podstawie własnych odczuć, okiem agnostyka i w gawędziarskim stylu, stara się ukazać dzieje opisane w Biblii. I, choć chwilami fantazjuje, częściowo zanudza, to jednak popełnia solidną książkę. To wszystko, to jednak tylko moje subiektywne odczucia, z którymi nie każdy musi się zgodzić. Aby wyrobić sobie własne zdanie należy sięgnąć po tę pozycję i samemu ocenić ją według siebie.