Booka

Miłośniczka dobrych książek, filmów i muzycznych dźwięków (jazz, blues, R&B, soul, rock, progressive rock, rock 'n' roll).

Zainteresowanych zapraszam do obserwowania mojego profilu.

 

Beksiński. Dzień po dniu kończącego się życia

Beksiński - dzień po dniu kończącego się życia. Dzienniki/Rozmowy - Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zdzisław Beksiński

Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza część „Rozmowy”, to wywiad z Wiesławem Banachem – Dyrektorem Sanockiego Muzeum Historycznego, ale też osobą, która miała częsty kontakt ze Zdzisławem Beksińskim, a także wykonawca ostatniej woli Artysty. Z owych rozmów czytelnik może dużo dowiedzieć się o osobie Beksińskiego. O tym, jak wyglądała jego pracownia, jakim był on człowiekiem, jak postrzegał siebie, swój talent oraz jaki miał stosunek do swojego malarstwa. Także to, jak postrzegał kwestie wiary, Kościoła oraz życia i śmierci. Zdzisław Beksiński w rozmowie autora książki z Banachem, jawi się czytelnikowi jako człowiek ciepły, życzliwy, o ogromnym poczuciu dobra, skory do pomocy innym w potrzebie, bardzo spokojny, a przede wszystkim bardzo skromny, często wstydliwy. Nie szukał poklasku. Miał duży dystans tak do siebie samego, jak i do swojej sztuki. Nie chciał, by inni postrzegali jego malarstwo jako sztukę, która symbolizowała by coś, ani nie lubił, gdy  inni próbowali opisywać jego obrazy poprzez wyszukane słowa. Bo malował tak, jak widział, a słowną interpretację obrazu postrzegał tak, jak określanie słowem pisanym dźwięku. Pierwsza część książki, poprzez rozmowy, ukazuje czytelnikowi nie tylko osobę Beksińskiego i dywagacje na temat malarstwa - rozmowy te, to także interesujące refleksje o życiu i śmierci. 

 

„Rozmowy” to część bardzo ciekawa, którą przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Bogata o najciekawsze wypowiedzi z dzienników Beksińskiego. Niestety pierwsza część to tylko nieco ponad sto stron bardzo ciekawej lektury spośród niemal czterystu pięćdziesięciu stron całości książki. Zdecydowana większość należy do części drugiej „Dzienniki”. W tej części czytelnik może zobaczyć codzienność Artysty „dzień po dniu”. Dzienniki obejmują lata 1994-2005. I niestety dla mnie nie były one pasjonującą lekturą. W opisie książki możemy przeczytać, iż jest to lektura pełna ironii Beksińskiego. Według mnie w wybranych tu dziennikach tej ironii jest jak na lekarstwo. Konflikt malarza z jego wspólnikiem Dmochowskim ciągnął się latami, co w dziennikach objawia się ciągłym narzekaniem na niego. Efekt? Tak samo jak Artysta męczył się ze współpracą z Dmochowskim, tak i czytelnik jest zmęczony ich wzajemnym konfliktem. Fakt, iż w Leclerc zabrakło coca-coli (o czym Beksiński kilka razy wspomina), nie jest zbyt pasjonujący. Wprawił mnie w irytację gdy przeczytałam to po serii wcześniejszych nudnych, równie zbędnych informacji . Dziś mogę go interpretować jako lekką ironię. Jednakże wszystkie: „muszę zadzwonić do (…)”, „zjadłem na kolację (…)” męczyły mnie tak samo, jak informacje o tym po ile kupił płyty oraz nad jakim modelem aparatu się zastanawia (o czym rozpisuje się bardzo szczegółowo). Natomiast częste zapisy meteorologiczne nie raz sprawiały, że czułam się jakbym czytała dziennik pokładowy jakiegoś bosmana, tudzież pamiętnik nastolatki, zwłaszcza gdy danego dnia zjawiska pogodowe były jedyną rzeczą, która miała miejsce.

 

Są to fragmenty „Dzienników” Beksińskiego, a wpisy wyselekcjonował Wiesław Banach. Wiadomo, codzienność człowieka niekiedy bywa monotonna. Jednakże opis książki sugeruje niezwykle pasjonującą lekturę, bogatą w życiowe przemyślenia na temat owej codzienności. Owszem zdarzają się refleksje Artysty na temat życia, śmierci (zwłaszcza po śmierci żony i syna). Pada wiele mądrych stwierdzeń, także ironicznych, niekiedy też zabawnych (znalazłam tutaj sporo interesujących cytatów), aczkolwiek całość wypada dość marnie, jeśli brać pod uwagę zainteresowanie czytelnika, które podczas lektury „Dzienników” niekiedy maleje z każdą stroną bardziej. O ile „Rozmowy”, które są przecież tylko uzupełnieniem do „Dzienników”, były dla mnie niezwykle ciekawe (również bogate w przemyślenia Beksińskiego – tu przytoczone przez Wiesława Banacha - będąc niejako wyrwanymi z kontekstu), o tyle same „Dzienniki” niepomiernie mnie znudziły i sprawiły, że tylko wyczekiwałam aż zobaczę ostatnią stronę. Ponieważ są to wybrane fragmenty z Jego „Dzienników”, zastanawia mnie jaka jest reszta, która nie została wybrana do tego zbioru? Może ciekawsza? Może zawiera więcej refleksji…? Nie rozumiem dlaczego do tego zbioru wybrano wpisy, które zawierają zapis temperatury i nic poza tym. W to miejsce równie dobrze można było wybrać właśnie jakiś bardziej wartościowy wpis/przemyślenie, bądź nie umieszczać nic.

 

Po bardzo interesujących zapowiedziach tej książki, mając ją za sobą, czuję niestety spory niedosyt. Nie można powiedzieć, że jest to książka słaba, dlatego wystawiam jej zasłużone dwie gwiazdki. Z uwagi na bardzo dobrą pierwszą część z „Rozmowami”, także wiele istotnych, mądrych przemyśleń malarza (także Wiesława Banacha), ale przede wszystkim z szacunku do samego Zdzisława Beksińskiego. Mojego ulubionego Artysty, którego sztuka intryguje mnie od zawsze, wciąż z niesłabnącą mocą. I już chyba na zawsze pozostanie najbardziej ulubioną.

Klimaty

Klimaty - André Maurois, Wacław Rogowicz

Tematem wiodącym „Klimatów” są uczucia. Głównie miłość i wszystkie te stany duszy, które wywodzą się z niej i są z miłością ściśle powiązane, niemal nieustannie jej towarzysząc. Jakie to stany? Począwszy od ogromnej fascynacji obiektem westchnień, poprzez wielkie szczęście i poczucie spełnienia. Jednak miłość, to nie zawsze świat pełen barw. Miłość to czasem szarość i czerń. Mauoris opisuje tu właśnie te uczucia towarzyszące miłości, które z tej pięknej, kolorowej zamieniają ją w miłość pełną goryczy i łez. Mamy więc tu: zazdrość, olbrzymie cierpienie i tęsknotę za ukochanym człowiekiem. Co gorsze – niesamowity ból świadomości, a wreszcie nieodwzajemnionej miłości. A co za tym idzie: ogromne poczucie straty i wielkiego zawodu, które z  kolei prowadzą już tylko do przygnębienia i smutku, czy też – ładnie, poetycko nazywając - „melancholii”, która nie jest tutaj niczym innym jak tylko depresją.

Na  szczególną uwagę zasługuje konstrukcja tego krótkiego utworu. Sama fabuła jest w zasadzie zwyczajna. Zawiedzie się ten czytelnik, który oczekuje, że zaserwowana tu historia czymś go zaskoczy i porwie.  Fabuła „Klimatów” z całą pewnością jest tu na drugim planie. To tylko tło, które ma pokazać jej główny walor – czyli właśnie istotę i siłę ludzkich uczuć. Siłę miłości. Książka jest podzielona na dwie części: pierwszą „Odyla” i drugą „Izabela”. Głównym bohaterem jest Franciszek, który opowiada swoje dzieciństwo, lata młodości i swoje miłosne fascynacje od Pani Aubry, przez liczne miłostki (kobiety, których nie kochał, lecz przewinęły się w jego życiu),  po Odylę i Izabelę. Wnikliwy czytelnik dostrzeże zaletę konstrukcji fabuły po koniec lektury, gdy oto czytając o losach Franciszka, Odyli i Izabeli, jego oczom ukaże się zjawisko zamkniętego koła. Klamry, którymi pospinany jest ciąg poszczególnych zdarzeń.

Autor opisuje tu miłość jako pełnię szczęścia, uczucie cudowne, niemal mistyczne, ale też jako samonapędzającą się machinę, która powodowana zazdrością niszczy człowieka od wewnątrz. I tu Mauoris trafia w samo sedno, opisując miłosną fascynację, a przede wszystkim zazdrość, tęsknotę i samotność szczegółowo, z dużą starannością, niemal wchodząc w duszę i ludzki umysł. Najlepszym tego przykładem jest opis nieudolnie ukrywanych, bardzo widocznych zachowań Odyli i wyniszczająca walka myśli Franciszka, jednocześnie też walka myśli Izabeli i opis zachowań Franciszka. Między innym zazdrość jawi się nam tu jako powód destrukcji związku, ale też jako ból duszy, w której ten/ta trzeci/a to największy wróg, którego się mimowolnie piętnuje.

„Klimaty” to nie tylko opis miłosnej fascynacji i zazdrości. To też opowieść o olbrzymim smutku i bólu związanym z tęsknotą za ukochaną osobą. Historia o pragnieniu bliskości ponad miarę,  co za tym idzie – opowieść o samotności. Głównie o samotności wśród ludzi. Samotności w związku, do którego wtargnęła obojętność/zdrada. To samotność kochanków opętanych strachem, zmieszanym z zazdrością, powodowanym ogromnym uczuciem miłości, ale też samotność potęgowana straszną świadomością powolnej utraty owej miłości. Jest to też opowieść o cierpieniu wywołanym pragnieniami, które pozostają w niezgodzie z tym, co moralne i właściwe; o utrzymywaniu pozorów jakich doświadcza się przy niepokojących wieściach; a w końcu jest to książka o ogromnym żalu, goryczy, pustce, które w obliczu rozstania lub uświadomienia prawdy sobie samemu, tłamszą w sercu wytrawiając je i pozostawiając w nim wielką wyrwę.

Mauoris o wszystkich tych ludzkich stanach duszy opowiada czytelnikowi pięknym słowem pisanym. Stylem niepozbawionym delikatnego, subtelnego romantyzmu. Jego spostrzeżenia są niebywale trafne. Autor odznacza się niesłychaną znajomością tematu, dotykając najsubtelniejszych uczuciowych rozterek. Pięknie pisze o najbardziej trywialnych sytuacjach występujących w miłości, czyniąc swoją książkę głębokim, wnikliwym studium miłości, zazdrości, samotności, ale też ludzkiej natury i zachowań. Swoją niepozorną książką dotyka głębi ludzkiej duszy. Poprzez przedstawienie natury ludzkich uczuć i natury kobiecych i męskich zachowań, pokazuje też fatalizm miłości. Jest to fascynujące, a zarazem straszne. Gdyż czytelnik dostrzega, że „Klimaty” niosą ze sobą wiele życiowych prawd. Uświadamia sobie, że oto ma przed sobą książkę, którą można nazwać źródłem mądrości na temat zmysłowości i siły uczuć, które mają odniesienie w rzeczywistości. Jego rzeczywistości, bo wszystkie opisywane tu uczucia są czytelnikowi tak dobrze znane i tak bardzo mu bliskie, że choć z jednej strony fascynują, to z drugiej są bardzo smutne, wzruszają, doprowadzając nieomal do przygnębienia.

W książce nie dostrzegam żadnych minusów poza tym, że historia nie jest bardzo wyszukana, ani odkrywcza. Za to minusem mojego wydania jest wręcz fatalna korekta (a raczej jej brak), co sprawiało niemałe niezadowolenie. Dawno już nie miałam styczności z książką, która miałaby tak wiele niedociągnięć pod względem literówek (a czasami nawet braku niektórych wyrazów!). Drugim minusem jest według mnie okładka (Wydawnictwo Artes, 1992). Dlaczego? Otóż nie ma ona wiele wspólnego z treścią książki. Może też być dla niektórych myląca, gdyż przywodzi na myśl bardziej tanie romansidło, aniżeli poważną, ambitną książkę. Te minusy i niedopatrzenia nie mają  jednak wielkiego wpływu na moją ogólną ocenę.

Ze swojej strony książkę jak najbardziej polecam wszystkim czytelnikom. Z pewnością każdy odnajdzie w niej jakąś cząstkę siebie identyfikując się po części niemal z każdym bohaterem. Wszystkie uczucia, które autor zgrabnie nam podaje są na tyle naturalne, że z pewnością będą uniwersalne dla każdego czytelnika. Bo chyba nie ma osoby, która w swoim życiu nie doznała bólu i cierpienia związanej z zazdrością, samotnością, tęsknotą, czy też nieodwzajemnioną miłością. Będzie świetnym, poruszającym studium miłości dla dorosłego czytelnika, który wiele w sowim życiu doświadczył, ale też dla młodego czytelnika, który dopiero wkracza w świat miłosnych rozterek. Może nawet czegoś nauczy? Może pokaże niedostrzegalne, nazwie nienazwane i wyjaśni nieodgadnione...?

Królestwo

Królestwo - Emmanuel Carrère

Swoją opinię „Królestwa” zacznę trochę nietypowo, bo od jej oceny. Wystawiam jej zasłużone sześć gwiazdek, co oznacza dla mnie książkę „dobrą”. Jednakże moja ocena jest lekko naciągnięta. Aby najlepiej zobrazować motywy, jakimi kierowałam się podczas podejmowania decyzji o ostatecznej ilości gwiazdek, poniżej posłużę się opisem swoich refleksji, jakie towarzyszyły mi podczas lektury owej książki.

Nie wliczając prologu, „Królestwo” podzielone jest na cztery części. Część zatytułowana „Kryzys” obejmuje zwierzenia autora. Carrère szczegółowo przedstawia tu kolejne etapy swojego nawrócenia na religię chrześcijańską. Dzięki przytoczeniu przez niego fragmentów jego zapisków, notatek pochodzących z zeszytów prowadzonych w okresie jego największej fascynacji chrześcijaństwem, czytelnik może poznać sporo towarzyszących mu refleksji. Kolejne akapity pochłonęłam więc ze sporym zainteresowaniem, gdyż mogłam wejrzeć w przemyślenia wewnętrzne człowieka, który poszukując sensu życia skłonił się ku wierze katolickiej.

W pierwszej część zatytułowanej „Paweł” chrześcijaństwo jeszcze się nie narodziło. Carrère pokazuje jak kształtowały się dzieje nurtu, który dopiero z czasem przekształcił się w religię, jaką dziś nazywamy chrześcijaństwem. Chrześcijaństwem, które w owych czasach wiele czerpało z innych religii - głównie judaizmu. Tu poznajemy Żyda Pawła, jego mowę o nadejściu Mesjasza i słuchającego owej oratorskiej mowy Łukasza – greckiego apostoła. Tutaj czytelnikowi przedstawiono gniew Boga za niewypełnienie jego woli oraz natchnionych kaznodziejów stosujących zasadę „kija i marchewki”. Przy tych opisach autor posługuje się także fragmentami zaczerpniętymi z różnych przekładów Biblii. Też z przekładu Renana, który to sprowadził dzieje Jezusa do losów normalnego człowieka – buntownika swoich czasów, a nie bóstwa. Począwszy od interesującego prologu po połowę pierwszej części, książkę czyta się bardzo dobrze. Lekkie zachwianie tego wrażenia odczułam, kiedy to zbliżając się do końca pierwszej części zauważyłam przesyt powodowany nagromadzeniem cytatów biblijnych – także przemyśleń autora, jego wierzeń z tamtego okresu. O ile na początku były ciekawe i sensowne, o tyle z czasem zaczęły być jednak banałami o katolickim wydźwięku.

Początek drugiej części dłużył mi się tylko trochę. Lektura tych fragmentów pozwoliła mi wyróżnić parę interesujących informacji, między innymi to, czym jest modlitwa, a także jakie dokładnie znaczenie ma to słowo. Jednym z ciekawszych zagadnień, o których wspomina tu autor jest temat powstania pierwszego Kościoła. Pod koniec, druga część książki zaczęła mnie jednak nużyć, do tego stopnia, że chwilami chciałam żeby się już skończyła.

„Śledztwo” to trzecia część, która opisuje głównie czasy życia i działalności Jezusa. Czyli bunty, rozboje. Dla mnie, są to najciekawsze fragmenty, w których to autor przedstawił Jezusa jako zwykłego człowieka, buntownika politycznego, wichrzyciela, który poniósł karę śmierci – taką, jaką w owych czasach stosowano wobec tych, których chciano „stracić” za ich przewinienia. Przy okazji, na przykładzie zapisów ewangelicznych można zauważyć rzecz, będącą też obecnie „na czasie”. Mianowicie: przekłamania co do liczebności osób protestujących w manifestacjach zdarzały się od zawsze… już wtedy, gdy nie było telewizji, sondaży etc. Część ta pokazuje też, jak wiele jest rozbieżności w poszczególnych Ewangeliach, opisujących jeden i ten sam moment jakim jest zmartwychwstanie. Mit zmartwychwstania to zresztą kolejny opis, który autor przedstawił w ciekawy sposób. W tej - skądinąd - interesującej części, znalazł się jednak fragment będący solą w oku czytelnika. Mowa o zupełnie niepasujących do całości książki (i wbrew pozorom nudnych) dwóch rozdziałach poświęconych erotycznej fascynacji autora, jaką jest jego zamiłowanie do filmów pornograficznych. Wprawdzie dalej mamy opisy Maryi – zawsze dziewicy. Jednakże z której strony by na to nie popatrzeć i przy największych chęciach „przymrużenia” na to oka, te dwa rozdziały mają się do reszty jak piernik do wiatraka. Wynurzenia te psują przyjemność z czytania, a czytelnikowi podświadomie karzą spojrzeć na osobę samego autora pobłażliwie nasuwając też przekonanie o braku profesjonalizmu zamiast kunszcie literackim.

Przy lekturze ostatniej części zatytułowanej „Łukasz”, miałam mieszane uczucia. Z uwagi na to, iż to ostatnia część, z jednej strony czekałam na zreflektowanie się autora po sporej ilości nieco nużących fragmentów, z jakimi spotkałam się w poprzednich częściach (zwłaszcza w „Pawle”). I owszem, tutaj spotkałam się z ciekawymi fragmentami opisującymi historyczne fakty. Ale większość tej części niestety mnie nudziła. Pomijając interesujące mnie opisy historyczne (między innymi te, dotyczące przeistoczenia Judei w Palestynę i zrujnowania Jerozolimy), czwarta część książki niestety w większości mnie znudziła. Zwłaszcza jej ostatnie sto stron, gdzie już tylko patrzyłam kiedy nastąpi koniec.

Po serii zanudzenia czytelnika w czwartej części książki, najciekawszym momentem staje się epilog. Momentem, gdyż jest to rzeczywiście „moment”. Tu znalazłam nie tylko zarys tworzenia się instytucji zwanej Kościołem, ale też początki tworzenia się kleru. Zrobiło się bardzo interesująco. Pojawiło się „światło” i przekonanie, że oto za chwilę autor odsłoni swoje najlepsze karty. Niestety w tym momencie książka się kończy, a czytelnik pozostaje z uczuciem, jakby nagle owo „światło” zaczęło przygasać – uczuciem niedosytu.

Podsumowując, z powyższych moich refleksji wynika jedno: „Królestwo” to książka ciekawa ale chwilami nierówna. Zainteresowanie czytelnika rozbudzone już na samym początku zaczyna słabnąć wraz drugą częścią. Zbliżając się ku połowie książki, odnieść można wrażenie sinusoidy. Raz autor rzuca ciekawymi faktami i intryguje. Innym razem zanudza dłużącymi się opisami. Następnie znów przyciąga uwagę tematem, podaje wiele ciekawych, odautorskich przemyśleń, by później wprowadzić w konsternację swoim, wyrwanym z kontekstu, erotycznym wynurzeniem. Następne rozdziały, choć opisują historyczne fakty nużą i wzbudzają u czytelnika chęć jak najszybszego ukończenia książki. Epilogiem autor ratuje ostatnie tlące się jeszcze iskierki nadziei. Udaje mu się to, aczkolwiek pozostaje lekki niedosyt.

Choć chwilami miałam ochotę wystawić tylko pięć gwiazdek, pozostaję przy sześciu. Nie mogę uznać za przeciętną książki, która jest ciekawa, powstawała latami i, w której autor w sposób racjonalny ukazuje historię powstania wiary chrześcijańskiej i Kościoła. Na podstawie własnych odczuć, okiem agnostyka i w gawędziarskim stylu, stara się ukazać dzieje opisane w Biblii. I, choć chwilami fantazjuje, częściowo zanudza, to jednak popełnia solidną książkę. To wszystko, to jednak tylko moje subiektywne odczucia, z którymi nie każdy musi się zgodzić. Aby wyrobić sobie własne zdanie należy sięgnąć po tę pozycję i samemu ocenić ją według siebie.

Titanic. Pamiętna noc

Titanic. Pamiętna noc - Walter Lord

Gdy dziś usłyszymy hasło Titanic, jedni od razu skojarzą go z obsypanym Oscarami filmem Jamesa Camerona z Kate Winslet i Leonardo DiCaprio w rolach głównych. Inni pomyślą o orkiestrze grającej do samego końca, a dla jeszcze innych oznaczać ono będzie luksusowy statek biorący udział w jednej z największych morskich katastrof. Dla historii natomiast, jego dziewiczy rejs, zakończony tragicznym wydarzeniem, jest początkiem końca epoki, w której bardzo liczyły się konwenanse, ale też przebudzeniem dla ówczesnych ludzi, które niczym „kubeł zimnej wody” przyniosło zmiany nie tylko w postrzeganiu pływających jednostek jako tych, które jednak są zatapialne, ale też  w postrzeganiu kruchości ludzkiego życia i dostrzeganiu tego, co jest naprawdę ważne. To wydarzenie zobligowało firmy, konstruktorów etc. do zmian w przepisach, które miały na celu zapobiec podobnym wypadkom w przyszłości.

Na tylnej okładce „Pamiętnej nocy” czytamy, że jest to „najważniejsza książka poświęcona tragedii Titanica, bez której nie byłoby słynnego filmu Jamesa Camerona”. Trudno się z tym nie zgodzić - wszak autor był konsultantem na planie filmu, a w trakcie czytania sporo sytuacji można skojarzyć z dziełem Camerona. Jednakże potencjalny czytelnik, który oczekuje pięknej, romantycznej historii z katastrofą w tle – może się rozczarować. Na próżno szukać tu odpowiedników filmowej pary Jack’a i Rose, gdyż ta książka jest wnikliwym opisem dotyczącym głównie przebiegu samej katastrofy. Tego jak do niej doszło, a przede wszystkim – próbą dokładnego odwzorowania emocji pasażerów jakie im towarzyszyły w czasie dramatycznych wydarzeń.

Podczas lektury czytelnik może przenieść się do początków XX wieku, na najpotężniejszy i najbardziej luksusowy (jak na ówczesne lata) statek świata. Walter Lord swoimi plastycznymi opisami ukazał nie tylko piękno kajut pierwszej klasy, wytworne jadalnie, długie jasne korytarze, promenadę statku, etc. ale przede wszystkim przejmująco unaocznił ludzki dramat tych, którzy nagle znaleźli się w samym środku koszmaru i robili - dosłownie - wszystko aby przeżyć.
„Pamiętną noc” nazwałabym „książką emocji”. Odczuć i zachowań nie tylko pasażerów ale też członków załogi – m.in.: palaczy w kotłowniach, radiotelegrafistów, oficerów etc. Czyli wszystkie te niuanse, które były ujęte w filmie Camerona, w krótkich sekwencjach obrazu. Przy okazji czytelnik może spotkać się z ciekawym przedstawieniem sylwetek m.in. takich postaci jak: Kapitan E.Smith, Thomas Andrews, oficer Lightoller czy prezes White Star Line - Bruce Ismay.

Autor posługując się sugestywnym stylem, oprócz samej katastrofy, przybliża czytelnikowi (równie istotny) temat aspektów kulturowych i społecznych dotyczących życia panujących w edwardiańskich czasach. Wiele z nich wyjaśnia, poddając je czytelnikowi pod rozważania (uważam to za duży plus, dla tego tytułu). Bardzo celnie opisują to rozdziały siódmy i ósmy (dla mnie są to jedne z najciekawszych rozdziałów). Tym samym, oczom czytelnika ukazuje się m.in. widoczny rozdźwięk w emocjach między ludźmi różniącymi się między sobą pozycją społeczną. Początkowy spokój, opanowanie, dezorientacja i beztroska w zderzeniu ze zdenerwowaniem, paniką i wielkim ludzkim dramatem. Najbardziej ukazane jest to w tak znamiennych sytuacjach, jak m.in: opieszałość, powroty do kajut po wartościowe przedmioty, czy też bezmyślny czyn J.J. Astora w siłowni. Z drugiej strony mamy totalne przeciwieństwo w postaci pasażerów trzeciej klasy, którzy zachowali powagę sytuacji. Widzimy więc ogromny strach, przeszkody w postaci absurdalnych przepisów, a wreszcie bunt wynikający z olbrzymiej woli walki o przeżycie.

Wskazuję głównie na same plusy. Dlaczego więc nie wystawiam temu tytułowi oceny chociażby rewelacyjnej (zwłaszcza jako osoba od lat zafascynowana tematem)? Patrząc krytycznym okiem: książka jest napisana bardzo dobrze. Styl, jakim autor się posłużył, bardzo mnie wciągnął. Niemal od początku dałam się „porwać” kolejnym wydarzeniom i losom bohaterów, a książkę „połknęłam” w trzy dni. Natomiast zabrakło mi dokładniejszego przedstawienia sylwetki znanej (i barwnej) postaci: Margaret „Molly” Brown. Autor kilkukrotnie wspomina o pani Brown – kobiecie o wyjątkowej energii - ale nie podaje informacji o niej, w taki sposób, jak opisał chociażby inne bogate pasażerki pierwszej klasy.
Znalazłam minusy, które leżą po stronie wydawnictwa. Z tych drobnych: to parę literówek (najpoważniejsza: Andrews a Anders to dwa różne nazwiska!). Zamieszczono też zbyt małą liczbę przypisów wyjaśniających niektóre fakty. Te przypisy od tłumacza, które się pojawiają, są tylko w kilku początkowych rozdziałach, natomiast w dalszej części jest jeszcze parę określeń, które mogłyby zostać wyjaśnione w przypisach.
Muszę też „przyczepić się” do nietrafionej okładki tego wydania. Niestety według mnie nie pasuje ona do tej książki. Wciąż zastanawiam się jaki był zamysł projektanta, by zamieścić tak dziecinny obrazek przedstawiający kiczowaty statek, a górę lodową jako misz-masz brzydkich rombów i trójkątów. Całość bardziej pasuje jako świetna ilustracja do krótkiej książeczki dla dzieci, a nie do książki traktującej na poważny temat. Nie waży to bardzo na mojej ocenie ogólnej, co jednak nie zmienia faktu, że ten mało atrakcyjny obrazek jest dla mnie sporym „zgrzytem”.

Nie wystawiam oceny rewelacyjnej z uwagi na dwa aspekty. Pierwszy z nich to brak czarno-białych fotografii pochodzących ze statku. Autor o nich wspomina w – skądinąd ciekawych – podziękowaniach. Nie wiem, czy w oryginalnym wydaniu „A Night To Remember” takie fotografie się pojawiły i brakuje ich tylko w polskim wydaniu (?) czy służyły one autorowi tylko jako materiał potrzebny do słownego odzwierciedlenia wyglądu statku. Faktem jest, że dla dopełnienia książki, interesujące byłyby fotografie statku oraz wizerunki tych członków załogi i pasażerów, które się zachowały. Tym bardziej przemawia za tym to, że autor zamieścił w swej książce listę pasażerów, która z czasem okazała się niekompletna - zadbano więc o jej uzupełnienie posługując się listą ze stron internetowych. Z fotografiami można było zrobić podobnie. Z pewnością uatrakcyjniłyby lekturę.
Drugi aspekt to tzw. „podstawowe informacje”. „Pamiętną noc” można postrzegać jako swego rodzaju niewielkie kompendium, w którym oprócz opisu katastrofy mamy „wszystko w jednym miejscu”. Owszem znajdują się tu istotne fakty o samym statku (jak m.in.: tonaż, gabaryty, barwny przekrój ukazujący jego budowę i rozmieszczenie poszczególnych pomieszczeń), a także pełną listę pasażerów wraz z uwzględnieniem ich wieku oraz portu w którym wsiedli na statek. Są to rzeczy jak najbardziej na plus. Jednakże odczuwam lekki niedosyt, gdyż ciągle mam wrażenie, że są książki (nawet dostępne w polskich wydaniach), które podają więcej szczegółów oraz (mniej lub bardziej istotnych) ciekawostek. Przykładem może być „Niezatapialny” Daniela Allena Butlera, gdzie m.in. w aneksach można spotkać się z tym, co tutaj jest podane w dość okrojonej formie.

Podsumowując - według mnie książka jak najbardziej zasługuje na ocenę bardzo dobrą. Nie rewelacyjną, z uwagi na kilka braków, które w innych opracowaniach się pojawiają, czyniąc je przy tym pełniejszym kompendium. W mojej ocenie biorę pod uwagę styl autora, który poprzez słowa idealnie ukazał  ludzkie emocje, a także tempo wydarzeń: od dramaturgii sytuacji, przez olbrzymią panikę, po głuchą ciszę i skupienie (wręcz przejmująca grobowa cisza jest bardzo dobrze i sugestywnie przedstawiona w rozdziałach dziewiątym i dziesiątym). Czytelnik może zatem odczuwać narastające (a w końcu zwalniające) tempo, w taki sposób, jakby sam był obserwatorem tej tragedii. Do tego czyta się ją szybko i z dużym zainteresowaniem.

Książkę polecam wszystkim. Nie tylko sympatykom filmu, czy też samej historii statku. Jest ona warta uwagi, także dlatego, że została napisana w oparciu o materiały, które autor gromadził latami. W głównej mierze wykorzystując wspomnienia jedynych wiarygodnych świadków tych wydarzeń – samych ocalałych pasażerów z Titanica.

Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?

Czy Bog wybaczy siostrze Bernadetcie? - Kopinska Justyna

Sięgając po reportaż Justyny Kopińskiej, wiedziałam czego mogę się spodziewać, nie tylko ze słyszenia przed laty głośnej medialnie sprawy siostry Bernadetty, ale też dzięki lekturze „Diabelskiego nasienia” oraz dzięki filmom, takim jak np. „Siostry Magdalenki”. Dlatego nie było dla mnie wielką nowością to, co mogłam tu przeczytać. Jedyną różnicą, jaka dzieli wspomnianą przeze mnie wcześniej książkę i film, jest fakt, iż wydarzenia opisywane w „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” działy się na tzw. „naszym rodzimym podwórku”, a co bardziej szokujące: stosunkowo niedawno - już w XXI wieku. Tu mamy Zabrze, Ośrodek Wychowawczy Sióstr św. Karola Boromeusza. I, choć możemy podczas czytania spotkać się z opisywaniem wydarzeń datowanych na lata nam współczesne, to niejednokrotnie aż chce się krzyknąć: „Witaj średniowiecze!”.

Spotkać się tu możemy z licznymi (i wstrząsającymi) zeznaniami tych dzieci, które opowiedziały w prokuraturze o wydarzeniach z ośrodka. Jak więc nietrudno się domyślić możemy tu przeczytać o siostrach „miłosiernych”, mających pełnić zadania, dydaktyczne, wychowawcze, które w całym swoim oddaniu dla wychowanków (czytaj: repertuarze/szerokim wachlarzu kar) fizycznie i psychicznie maltretowały swoich podopiecznych. Bicie czym popadnie, znęcanie się (na porządku dziennym), absurdalne „średniowieczne” kary, przyzwalanie na gwałty – to tylko nieliczne „cudowne metody wychowawcze”, o jakich tu możemy przeczytać, na które siostry „tak zwanego miłosierdzia” miały pełne przyzwolenie od przełożonej Dyrektor siostry Brnadetty.
Oprócz tego przeczytać możemy także o tym jak wyglądało zatrzymanie siostry Bernadetty, oskarżenie, proces oraz jej odwoływanie się od wyroku, gdzie uderza reakcja samej zainteresowanej wraz z jej (odgrażającymi się) słowami: „- To atak na Kościół!”

Książka ta skłania do refleksji. Pojawia się pytanie: dlaczego przyzwala się na takie tortury? Dlaczego ludzie nie reagują? Pada w tym reportażu jeden cytat, który mógłby być też bardzo dobrym podsumowaniem całości książki:

„Sprawa wygląda tak: dzieci, które mówią, że jest źle są na każdym kroku upokarzane, a siostry od dawna je biją. Mnóstwo dorosłych natomiast powtarza, że wszystko jest dobrze, a siostry są wspaniałe.”

Pojawia się więc jeszcze inne pytanie: dlaczego dorośli powtarzają, że siostry są wspaniałe? Dlaczego jest takie przyzwolenie na te tortury? To jest to, co w tym reportażu uderza czytelnika bardziej, niż same opisy tych tortur. Ludzie przymykają oczy na to, bo nie chcą widzieć problemu. Co jest jeszcze bardziej wstrząsające, to fakt, iż niektóre osoby z organów, które mogłyby szybko i skutecznie zaprzestać temu procederowi, były głuche na wyraźnie negatywne opinie o ośrodku (przykładem przełożeni Rzecznika Praw Dziecka Mariana Osucha, który to rzecznik chciał się tą sprawą zająć i doprowadzić do końca torturom ze strony sióstr Boromeuszek).
Bo, według pewnego kręgu osób, duchowni to ludzie, których wręcz nie wolno krytykować. Istnieje bzdurne przeświadczenie, że osoba duchowna (kleryk), jest z reguły „dobra” (uchodzi za „dobroduszną”) i z założenia nie może nikomu wyrządzić krzywdy. Nikt nie postrzega (lub nie chce postrzegać) klerykalnych osób zajmujących się wychowaniem dzieci w instytucjach do tego powołanych, za tych wychowawców, którzy też stoją na równi z wychowawcami świeckimi. Niektórzy wciąż wolą wierzyć w mit dobrej, bogobojnej, wiecznie uczciwej siostry zakonnej, zamiast czasem zrzucić klapki z oczu i zobaczyć jak wygląda prawda.
To przeświadczenie osób wierzących, na temat wielkiej dobroci duchownych, najlepiej obrazuje poniższy cytat:

„- To konflikt wiary. Jestem katoliczką i nie będę donosić na siostry zakonne.”

Nie rozumiem podejścia osób mających się za katolików, postępujących (podobno) według zasad moralnych; osób, które często lubią powtarzać - niczym mantrę - to swoje słynne: „szanuj bliźniego, jak siebie samego”, a później, gdy pojawia się problem, „szanują” poprzez zamykanie oczu. Zastanawia mnie czy „szanując bliźniego” (w tym przypadku te niewinne dzieci), ci, którzy tak ochoczo zasłaniają się swoją wiarą, pomyśleli choć raz: czy będąc na miejscu tych bliźnich, też chciałbym/abym być traktowany/a jak wychowankowie tego ośrodka? Czy te osoby też chciałyby, aby inni woleli milczeć w ich sprawie, gdyby to im działa się krzywda?
To milczenie ze strony osób, które przy odrobinie chęci (zwłaszcza chęci do nie oglądania się - choć na chwilę – na swoją religijność) by dostrzec problem – to milczenie jest tu jedną z rzeczy, która najbardziej wstrząsa. Dobitnie podkreślają ten fakt poniższe (trafiające „w punkt”) słowa jednej z wychowanek ośrodka:

„Nawet jakby miały nas zabić, to mówiliśmy prawdę. Choć to było duże ryzyko. Bo dorośli zwykle chcą słyszeć wszystko, oprócz prawdy.”

Jestem w stanie zrozumieć fakt, że ktoś „boi się wychylać” i woli milczeć aby np. nie stracić swojego stanowiska pracy – w tego typu sprawie jest to także straszne, ale niestety prawdziwe, ponieważ trudna jest tzw. „walka z systemem”, zwłaszcza gdy jest się jednostką i nie ma się po swojej stronie innych (także osób stojących wyżej – przykładem wspomniany wcześniej Rzecznik Praw Dziecka/wizytator Marian Osuch). A niestety społeczeństwo wielokrotnie pokazuje, że woli się „nie mieszać”, gdy coś się dzieje, udawać, że wszystko jest w porządku i o niczym nie wiedzą. W takich sytuacjach osobą najbardziej „poszkodowaną” jest ten, który chce (lub chciał) się "wychylić".
W tego typu sprawach nie pojmuję jednak określenia, że „to konflikt wiary” Jaki konflikt? Jakiej wiary? Co ma wspólnego czyjaś wiara/religijność do tego, by móc poddać sprawiedliwej ocenie kogoś, kto postępuje niemoralnie, nawet, jeśli tą niemoralnie złą osobą jest osoba duchowna?
Widocznie (dla niektórych ludzi), lepiej jest wierzyć, że to dzieci są winne. One są złe. Dlaczego? Bo są dziećmi z patologicznych rodzin? Tak, jak w tym fragmencie:

„Siostra Bernadetta jest miłą, delikatną osobą. A to dzieci alkoholików, narkomanów. Przecież w takim dziecku, nawet jak ma trzy lata, może tkwić diabeł.”

I można by powiedzieć, że przytoczone wyżej słowa, wypowiedział ktoś niedouczony, bądź – mówiąc ładniej - nieposiadający wystarczającej wiedzy pedagogicznej, itp. Tym bardziej więc dziwi fakt, że to słowa nauczycielki. Poprawka: nauczycielki-katoliczki. Wyznawczyni tej religii, która uczy miłości do bliźniego. Tej „jedynej, słusznej” religii potępiającej zło i gloryfikującej dobro. Absurd? Hipokryzja?

Ta możliwość refleksji oraz fakt, że książkę czyta się bardzo szybko i z dużym zainteresowaniem, to są niewątpliwie mocne atuty dla tego reportażu. Minusem jest to, że książka posiada sporą liczbę powtórzeń i haseł, z którymi czytelnik spotyka się już na początku, a później około połowy orientuje się, że oto po raz kolejny czyta o wachlowaniu prześcieradłem, wchodzeniu starszych chłopców do łóżek tych młodszych dzieci oraz biciu warzechą. To jest minus, który po pewnym czasie może zacząć denerwować.

Z uwagi jednak na istotny i bardzo ważny temat oraz na opisane powyżej plusy, oceniam książkę jako bardzo dobrą. Reportaż polecam wszystkim a zwłaszcza tym, którzy jeszcze dziś (jeśli tacy są) nie chcą uwierzyć w winę sióstr Boromeuszek (czy też ogólnie: w winę jakichkolwiek osób duchownych w innych podobnych sprawach). Bo przecież lepiej jest nie widzieć problemu, „umyć ręce”, zamknąć oczy i zasłonić się swoją religijnością, niż spojrzeć na problem i dostrzec to, co naprawdę jest złe. A potem przed samym sobą zmierzyć się z prawdą, która brzmi: „Tak, osoby duchowne też mogą wyrządzić krzywdę”.

O depresji, o manii, o nawracających zaburzeniach nastroju

O depresji, o manii, o nawracających zaburzeniach nastroju. - Iwona Koszewska, Ewa Habrat-Pragłowska

Książka ta jest poradnikiem, który w głównej mierze wyjaśnia czym są takie choroby jak: depresja, mania oraz choroba afektywna dwubiegunowa. Każdy z tych stanów chorobowych ma swój poświęcony tu dział i każdy jest opisany w przejrzysty, jasny sposób.
Omówiono tu czynniki (psychologiczne, biologiczne i społeczne), które prowadzą do depresji, manii i do choroby afektywnej dwubiegunowej.
Wskazano i opisano objawy tych chorób oraz metody ich leczenia - z uwzględnieniem leczenia farmakologicznego, jak i psychoterapii.

Plusem tego tytułu jest zamieszczenie historii paru osób, które służą tu jako przykład opisywanych w poradniku chorób. Na plus jest także odnoszenie się do tych przykładów w trakcie opisywania czysto klinicznych tematów. Dzięki temu czytelnik może głębiej wejrzeć w omawiany problem oraz przyjrzeć się chorobie z punktu widzenia osób, które na nią cierpią lub cierpiały w przeszłości. Może też porównać te przeżycia z opisywanymi objawami. To mocny atut tej książki.

Książkę uważam za dobrą, z uwagi na to, iż opisując treści posłużono się tu w miarę zrozumiałym językiem bez specyficznej nomenklatury medycznej, co z pewnością może być dobrą zaletą dla laików.

W poradniku tym zamieszczono także rozdział poświęcony najczęściej zadawanym pytaniom. Owe pytania wyglądają na takie, które są zadawane przez osoby cierpiące na depresję. Rozdział ten jest krótki, a odpowiedzi na niektóre pytania (według mnie mało wyczerpujące), stąd uważam, że trochę pobieżnie ten rozdział potraktowano.
Poradnik został też zapewne stworzony nie tylko dla pacjentów ale też dla osób, które chcą pomóc np. swoim bliskim w walce z depresją. Jest tu rozdział poświęcony pomocy osobom z depresją ale uważam, że jest on również trochę za krótki.
Jeden z najbardziej ważnych tematów - jakim jest ryzyko samobójstwa - został tu także potraktowany pobieżnie. Jest opisany tylko w jednym krótkim podrozdziale i wspomniany kilka razy w tekście. Jest to według mnie spory minus.
Zauważyłam też, że pod koniec książki, można spotkać się z kilkoma powtórzeniami dotyczącymi rzeczy/zagadnień, które wyjaśniono już wcześniej. Nie jest to minus gdyby czytać ten poradnik pobieżnie, ale łatwo to dostrzec jeśli przeczyta się ją w całości.

Poradnik oceniam jako niezły. Moja ocena byłaby jednak wyższa, gdyby nie parę niedociągnięć/braków. Pozostaje więc lekki niedosyt.
Uważam, że warto jest sięgnąć po ten tytuł, choć z pewnością nie zawiera on pełnych informacji, a zagadnienia - choć omówione jasno - to jednak trochę "po macoszemu". Książkę czyta się bardziej jak czyjąś pracę studencką na dany temat. Mimo to dobrze przybliża ów temat i może być dobrym początkiem przed innymi książkami dotykającymi choroby jaką jest depresja.

Rzeź (książka + film)

Rzeź (książka + film) - autor nieznany

Dodatek do filmu Romana Polańskiego, w postaci książki. Zaletą książki (prócz barwnych fotografii z filmu) jest kilka zakulisowych ciekawostek oraz wypowiedzi każdego z występujących w filmie aktorów. W tych krótkich notkach widz może dowiedzieć się szczypty informacji na temat tego jak swoją postać widzą odtwórcy filmowych ról. Jednakże jest to właśnie jedynie "szczypta" informacji. Nie oddaje głębszej analizy postaci. Na pewno nie tak, jak miałam przyjemność zapoznać się już z podobnym zabiegiem, gdy zapoznawałam się z książkowym dodatkiem do filmu "Wilk z Wall Street".

Wprawdzie niewiele mamy tu informacji na temat życiorysów każdego z aktorów (jak nieraz bywa w tego typu opracowaniach). Za to zamieszczono opinie krytyków na temat filmu, jakie były zamieszczane w różnych gazetach bądź internetowych stronach poświęconych tematyce filmowej. A także można przeczytać nieco na temat skandalu z reżyserem w roli głównej. Zadaję sobie jednak pytanie: czy w opracowaniu na temat filmu są to aż tak niezbędne informacje? Mam wrażenie, że te kilka kartek można było wykorzystać lepiej, dodając nie tylko nieco szerszą analizę sylwetek bohaterów ale też niedługi - acz bardziej zahaczający o temat - opis problematyki jaki porusza "Rzeź" - czyli konflikty społeczne, trudności w wychowywaniu dzieci ale także relacje międzyludzkie i groteskowe ukazanie ich w filmie.

Te braki pozostawiły lekki niedosyt, zwłaszcza z uwagi na wyjątkowo interesujący problem jaki porusza ów film. Stąd dodatek ten oceniam jako przeciętny. Przy czym ocena dotyczy jedynie papierowego opracowania, a nie samego filmu.

Poza tym uważam, że i tak najlepiej sięgnąć po film a dopiero później (ewentualnie) uzupełnić i skonfrontować z filmem treści zawarte w książkowym dodatku.

Przerwana lekcja muzyki

Przerwana lekcja muzyki - Susanna Kaysen

Przed lekturą „Przerwanej lekcji muzyki” zapoznałam się z opiniami innych czytelników i z niemałym zdumieniem zauważyłam parę negatywnych opinii. Niemożliwym był dla mnie fakt, że książka, na której podstawie powstał tak rewelacyjny film, może być przeciętna bądź słaba. Niestety, przekonałam się, że w istocie jest to możliwe.

Początek zapowiadał bardzo ciekawą i zajmującą lekturę. Głównie za sprawą pierwszych rozdziałów, w których autorka opisuje jasno swój stan oraz przemyślenia. Okazuje się, że właśnie tylko przemyślenia Susanny Kaysen są najmocniejszym atutem „Przerwanej lekcji muzyki”. Około połowy książki coś zaczęło się psuć. To, co było bardzo dobre w filmie, czyli: dialogi, ukazanie relacji między pacjentkami szpitala psychiatrycznego (także pacjentkami i personelem medycznym), w książce wypada o wiele gorzej. Z czasem niektóre dialogi zaczęły mnie nużyć, aż w końcu kazały mi odłożyć dalszą lekturę na długie tygodnie.

Tym większym zdziwieniem napawa mnie fakt, iż „Przerwana lekcja muzyki” napisana jest stosunkowo prostym językiem (jak na jej niełatwą tematykę), posiada sporą liczbę krótkich rozdziałów, co ułatwia czytelnikowi szybsze czytanie, a jednak coś sprawia, że książka w niektórych momentach nuży i nie pozwala do siebie powrócić.
Wspomniane wcześniej przemyślenia autorki z pobytu w szpitalu psychiatrycznym a także opisy funkcjonowania ludzkiego umysłu oraz jej postrzeganie życia i ludzkiej psychiki – to wszystko na szczęście powróciło w paru ostatnich rozdziałach. I tylko dzięki temu udało mi się z większym zainteresowaniem ukończyć książkę.

Z pewnością wielu czytelników kojarzy ekranizację tej książki (pod tym samym tytułem), w której swoje role świetnie odegrały między innymi: Angelina Jolie, Winona Ryder czy też Britanny Murphy. Jeśli jest jeszcze ktoś, kto tego filmu nie widział, to szczerze go polecam.

Co do książki mam mieszane uczucia. Z jednej strony posiada ona - bądź co bądź - interesujące, ciekawe opisy przemyśleń Susanny Kaysen, które przeczytałam z dużą uwagą i zainteresowaniem wypisując też sporo wartościowych cytatów. I choćby dla tych fragmentów warto się z nią zapoznać. Z drugiej strony jednak, spora część książki to dialogi – mające ukazać czytelnikowi życie w oddziale szpitala oraz relacje między pacjentami, a odniosłam wrażenie, że niekiedy bardzo spłycają tę historię. Nie zaciekawiły mnie – wręcz przeciwnie: czekałam aż w końcu autorka przejdzie do swoich przemyśleń na temat, egzystencji, życia, stanów ludzkiej psychiki, chorób takich jak między innymi: depresja, mania, schizofrenia, zaburzenia osobowości typu "borderline", etc.

Czuję spory niedosyt. Z przykrością muszę wystawić „Przerwanej lekcji muzyki” średnią ocenę uznając ją tym samym za przeciętną (lub co najwyżej niezłą). A dla poprawienia sobie nadszarpniętego w tym momencie wrażenia po raz kolejny powrócę do jednego ze swoich ulubionych filmów, by raz jeszcze przeżyć emocje bohaterek, których to emocji w książce mi zabrakło.

Zrób sobie raj

Zrób sobie raj - Mariusz Szczygieł

„Zrób sobie raj” to pierwszy reportaż Mariusza Szczygła z jakim się spotkałam. Jest to książka, w której autor zapoznaje czytelnika z czeską kulturą za pomocą wypowiedzi Czechów, z którymi na przestrzeni paru lat przeprowadzał rozmowy. Czytelnik ma okazję przyjrzeć się nie tylko czeskiej kulturze i sztuce ale też zapoznać się z ich historią (na ten przykład między innymi Praska Wiosna). Historia i polityka należą zazwyczaj do tematów, które czasem ciężko przebrnąć. Tu wprawdzie fragmenty dotyczące historii (zwłaszcza czeskiej polityki) należą do tych, które czyta się wolniej. Jednakże lekkie pióro autora oraz niekiedy używanie zabawnych form wypowiedzi sprawiają, że fragmenty te nie nużą – za to Panu Szczygłowi należą się słowa pełne uznania. Rzecz jasna, iż w książce tej przedstawienie tematu historycznego jest raczej wersją okrojoną, ale autor ukazuje te zagadnienia w taki sposób, że skłania czytelnika do dalszych poszukiwań.

„Zrób sobie raj” to nie tylko temat polityki i historii. To także czeska proza i poezja - zapis rozmów autora między innymi z intrygującą osobą Egona Bondy, a także przedstawienie innych czołowych postaci czeskiej literatury – jak choćby Bogumila Hrabala. Warto wspomnieć, iż atutem książki są jej końcowe strony, w których autor umieścił między innymi wszystkie wspomniane tytuły czeskich dzieł literackich.
Dla mnie najciekawszym rozdziałem był ten poświęcony tematowi ateizmu. Dużym atutem tych rozdziałów jest spojrzenie na poglądy religijne Czechów poprzez lekki styl wypowiedzi i anegdoty, dzięki którym książkę czyta się błyskawicznie.
Równie interesujący rozdział dotyczy czeskiej sztuki. Autor ukazuje tu sylwetki artystów, których dzieła/artystyczne działania wzbudzają niekiedy skrajne emocje: od całkowitej obojętności po ostrą krytykę. Głównie poznajemy tu osobę rzeźbiarza Davida Cernego, przy okazji autor wspomina też malarza i rzeźbiarza Milana Knizaka (ubolewam jedynie nad tym, iż ta postać jest tu wspomniana tylko na chwilę). David Cerny oprowadza autora (przy okazji też czytelnika) po swoich dziełach poprzez wędrówkę po Czechach. Dużym plusem książki są w tym momencie fotografie pokazujące niektóre z opisywanych dzieł, a także niesłabnący humor w postaci anegdot.
Szczygieł pisze w sposób lekki i zabawny zarówno o sprawach błahych, jak i poważnych. Poza jednym tematem – końcowym rozdziałem, który zmusza czytelnika do osobistych refleksji na temat życia i egzystencji. Mowa tu o rozdziale poświęconym pogrzebom oraz podejściu Czechów do tematyki śmierci. Rozdział bardzo refleksyjny, z którym warto się zapoznać.

Po lekturze książki wyłania się obraz Czechów jako narodu o sporej tolerancji, ale też dużym poczuciu humoru oraz dystansie do samych siebie. Biorąc pod uwagę aspekty takie jak chociażby pojmowanie sztuki: ów humor jawi się jako specyficzny ale wciąż zabawny.

Książka z pewnością nie jest obszernym i wnikliwym kompendium wiedzy o Czechach – bo też z założenia nie taką miała być. Najprawdopodobniej, aby poznać dogłębnie ten kraj i jego społeczeństwo trzeba by było sięgnąć po bardziej szczegółowe książki lub faktycznie spędzić parę lat w samych Czechach i mieć kontakt z mieszkańcami owego Państwa. Aczkolwiek uważam, że „Zrób sobie raj” to bardzo dobrze przedstawiony reportaż, który za pomocą nieraz zabawnych wypowiedzi obnaża nie tylko Czechy i czeską kulturę, ale też celnie ukazuje mentalność samych Polaków, co nas jako naród nie powinno obrażać, a bardziej skłonić do przemyśleń.

Wraz z „Zrób sobie raj” Mariusz Szczygieł zabrał mnie na wycieczkę po Czechach, pokazał czeską społeczność, ich mentalność, poglądy, sztukę, kulturę. Raz bawił anegdotami, by na koniec zmusić do refleksji. Książkę przeczytałam bardzo szybko i z dużym zainteresowaniem, więc ta moja „podróż do Czech” była niedługa. Myślę jednak, że zapadnie mi w pamięci i możliwe, że do niej będę wracać. Reportaż ten uznaję za bardzo dobry. Uważam, iż jest to tytuł, z którym warto się zapoznać.

Natomiast za polecenie książki dziękuję pewnej osobie, która od dawna i wielokrotnie namawiała mnie na jej przeczytanie. Znów wielkie dzięki dla Ciebie :) I tak, to prawda: po lekturze tej książki faktycznie można się zakochać w Czechach ;)

Czytelnicze podsumowanie roku 2015

Moje książkowe "the best":

 

Najbardziej intrygująca książkowa postać:

 

Amy Dunne („Zaginiona dziewczyna”)

 

 

Najlepszy cytat:

 

Bywa, że nie odczuwam inaczej siebie jak poprzez łzy. Czasami czuję się cała jednym wielkim płaczem bez łez, bo nie mam już łez. (...) Nawet gdy wydaje mi się, że nie płaczę, słyszę ten płacz w sobie, zasypiam, płacząc, i sny moje nade mną płaczą.

 

(Wiesław Myśliwski – „Ostatnie rozdanie”.

 

Największe zaskoczenie:

 

„Nocne czuwanie”

 

Najlepszy autor:

 

Wiesław Myśliwski

 

Najlepsza książka:

 

„Ostatnie rozdanie” (Wiesław Myśliwski)

 

 

Największe gnioty:

 

 

Najbardziej irytująca książkowa postać:

 

Lee Anderson z „Napluję na wasze groby” (Boris Vlan)

 

 

 

Najgorszy cytat:

 

"Siedziała w fotelu i wyglądała jakby spała, kiepsko wyglądała lecz jak zwykle była dobrze ubrana."

 

(Boris Vian: „Napluję na wasze groby”

 

Największe rozczarowanie:

 

„Upiór Opery” (Gaston Leroux)

 

Najgorszy autor:

 

Boris Vian

 

Najgorsza książka:

 

"Napluję na wasze groby" (Boris Vian)

 

 

__________________________________________________________________

 

 

W liczbach:

 

Wszystkich przeczytanych książek 23, w tym:

 

Felietony - 1
Film + książka - 3
Klasyka - 1

Kryminały/Thrillery/Sensacyjne - 3

Literatura dziecięca/młodzieżowa - 2
Literatura faktu - 1
Literatura piękna – 4
Literatura współczesna – 4
Poradniki – 3

Reportaże/Eseje - 1

Sztuka/dramat/komedia - 1

Ostatnie rozdanie

Ostatnie rozdanie - Wiesław Myśliwski

Opinię do „Ostatniego rozstania” można napisać na dwa sposoby. Pierwszy sposób: „brak słów”. I właściwie na tym mogłabym przestać. Będąc jednak zwolenniczką wypowiedzi dłuższej niż dwa słowa muszę podzielić się swoimi przemyśleniami.

W książce tej mamy zwykłe imiona w notesie – niby nic, a patrząc już na pierwsze jej rozdziały, widać, iż nie tylko można stworzyć na ten temat monolog, ale też, że przemyślenia te mogą stać się pięknym słowem pisanym i wstępem do filozoficznych rozważań na temat życia.

„Ostatnie rozdanie” to książka, której słowa się smakuje, a co za tym idzie: jest to takie dzieło, które czyta się powoli. Myśliwski zawarł tu sformułowania i przemyślenia istotne dla każdego człowieka. Świadczy to o uniwersalnym charakterze tej książki, gdyż niemal każdy może odnaleźć między wierszami cząstkę siebie oraz coś, co dogłębnie go poruszy. W sposób poetycki opisuje: śmierć, egzystencję, samotność, miłość, tęsknotę i związane z nimi cierpienia, starość i młodość, ale także najdrobniejsze ludzkie zachowania i gesty. A jego słowa są niejednokrotnie przepełnione wysoce odczuwalną głębią.
Wszelkie lęki, frustracje, obawy, przeżycia głównego bohatera stają się także obawami czytelnika, gdy nagle uświadamia on sobie, że oto czyta on słowa, które drzemały w nim od dawna lub drzemią w tej chwili.
I tak: jeśli ktoś przeżył rozstanie i poczuł ból miłości, tęsknoty, samotności, cierpienia – odczuje tematykę miłości i związane z nią bolesne przeżycia. Jeśli ktoś zastanawiał się nad istnieniem i niebytem lub istnieniem Boga – odczuje tematykę egzystencji i wiary (bądź też jej braku). Artysta natomiast odczuje wszelkie przemyślenia ściśle związane ze sztuką i żmudnym procesem tworzenia.

Autor posługując się notesem głównego bohatera ukazuje bolączki, których może czasem się wstydzimy lub ich nie chcemy dostrzec. Wyłuskuje z czytelnika wszystkie przemyślenia, każąc mu poddać je refleksji. Lecz „Ostatnie rozdanie” to nie tylko ciężar miłości i rozważania egzystencjalne. Myśliwski pokazuje tu także codzienność człowieka, którą ten nie zawsze zauważa (a nawet jeśli to nie przywiązuje na co dzień do niej uwagi pozostawiając by niektóre sprawy zepchnięte zostały do jego podświadomości).
Wiele przemyśleń głównego bohatera ma niekiedy znaczenie symboliczne. A autor w bardzo wysmakowany, piękny sposób stara się nam je przekazać. Jednymi z nielicznych przykładów takich pięknych porównań, które najbardziej zapamiętałam są między innymi: opis pola bitwy i błąkających się mundurów, bądź porównanie obrazów wiszących w galerii do sierot (które to porównanie jest dla mnie idealnym ukazaniem kwintesencji ludzkich zachowań).

W swojej czytelniczej podróży spotkałam się niegdyś ze słowami Bogumila Hrabala (znane ze "Zbyt głośnej samotności"):

„Bo ja gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę je jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, tak długo we mnie wsiąka, aż w końcu nie tylko jest w moim mózgu i sercu, lecz pulsuje w mych żyłach aż po krańce naczyniek włoskowatych.”

Od tego czasu przysięgłam sobie, że jeżeli kiedyś trafię na taką książkę gdzie znajdę słowa, które będę "sączyć niczym likier"; słowa, które wrosną we mnie, staną się całym moim jestestwem; gdzie niemal każda myśl stanie się moją myślą, przeżycie moim przeżyciem, a opis najbardziej elementarnego gestu moim gestem; książkę taką, która w sposób piękny acz niekiedy bolesny w swojej prawdziwości będzie niosła ze sobą mądrość i dogłębnie mnie poruszy - to z pewnością będzie to książka na miarę arcydzieła.
Dziś uważam, że oto znalazłam pierwsze czytelnicze arcydzieło. Jeśli więc istnieją książki, które można tak nazwać, to jak najbardziej "Ostatnie rozdanie" na to miano zasługuje. A ja po raz pierwszy w życiu czuję, że w całym swoim restrykcyjnym przestrzeganiu ocen, Pan Wiesław Myśliwski właśnie przełamał u mnie – może czasem nawet nadmierną - krytykę. I sprawił, że wprost zakochałam się w jego słowie pisanym.

Nigdy nie zgodzę się ze słabymi ocenami niektórych czytelników oraz uznaniem tej książki za "nudną", "niespójną" oraz „pełną komunałów". Uważam, iż aby dogłębnie doświadczyć zawartych w niej słów i w pełni pojąć tę ich mądrość, trzeba po prostu do niej dojrzeć. Nie tyle fizycznie, co mentalnie.

Automatycznie wpisuję „Ostatnie rozdanie” do moich ulubionych książek, jako tę niosącą ze sobą ogromny bagaż bólu i cierpienia w przepełnionych melancholią opisach relacji międzyludzkich, miłości, utraconych uczuć i tęsknoty za nimi oraz refleksji na temat śmierci i sensu istnienia.
Smakowanie owej książki było dla mnie absolutnie przyjemnym doznaniem, także w chwilach, w których prawdziwość czytanych słów wywoływała u mnie melancholię i zadumę, ale też duży podziw dla talentu autora.

Za polecenie mi tego tytułu chciałabym podziękować jednej osóbce (i już Ty najlepiej wiesz o kogo mi chodzi :) - bez Twojego polecenia prawdopodobnie jeszcze długo nie poznałabym tak cudownej, wartościowej książki :)

Natomiast przed Wiesławem Myśliwskim chylę czoła. Pragnąc jednocześnie wciąż poznawać kolejne jego dzieła, by móc chłonąć każde jego piękne słowo, każdą refleksję oraz metaforę życia.

Fakt, fikcja i fotografia albo co się zdarzyło we Freshwater

Fakt, fikcja i fotografia albo co się zdarzyło we Freshwater - Virginia Woolf

Ta oparta na faktach, trzyaktowa sztuka autorstwa Virginii Woolf to krótkie, prześmiewcze przedstawienie losów m.in.: Państwa Cameronów, pewnego poety, malarza oraz jego muzy. Autorka robi to w sposób poetycki i alegoryczny, a przy tym zabawny. Mamy tu pragnienie wyzwolenia się od życia pełnego rutyny do „lepszego świata”, ale też pragnienie realizacji swoich marzeń – i tu świetne ukazanie buntowniczej Ellen, która porzuca „fikcję” dla „faktu” opuszczając dotychczasowe życie i świat, do którego nie pasowała dla pewnego młodzieńca – czyli dla świata realnego, w którym będzie mogła się odnaleźć. Dzięki użyciu dowcipu, ironii i absurdu, sztukę tą czyta się lekko pomimo wielu przenośni i surrealistycznego charakteru całości.

Oprócz samej komedii, ta niewielkich gabarytów książka zawiera przedmowę tłumaczki Magdy Haydel, w której wyjaśnia ona parę istotnych informacji, w tym także dotyczących samej sztuki. Warto zaznajomić się z tą przedmową, gdyż jest dobrym ukazaniem problematyki głównego utworu.
Natomiast lektura niedługiego eseju „Julii Margaret Cameron” (autorstwa Virginii Woolf) nadaje sztuce „Freshwater” autentyczności, gdyż autorka opowiada tu dokładnie te same wydarzenia – tym razem na poważnie. Esej ten jest wprowadzeniem do albumu z fotografiami babki autorki – tytułowej Julli Margaret Cameron.
Końcowe karty tej książki należą do „Szaleństw Panny Julii” Marii Poprzęckiej. Nie jest to nic innego jak wyjaśnienie wyżej wymienionego wprowadzenia do albumu fotografii. Według mnie rzecz zbędna, umieszczona tu chyba tylko dla zwiększenia stron. Niemniej jednak, przeczytałam te fragmenty z zainteresowaniem. Może poza rozpisaniem się na temat technicznych aspektów wykonywania fotografii.

Tytuł ten otrzymuje ode mnie zasłużone pięć gwiazdek, przy czym nie uważam całości za książkę przeciętną. W tym przypadku określiłabym ją jako niezłą

Nocne czuwanie

Nocne czuwanie - Tarjei Vesaas

W „Nocnym czuwaniu” mamy pozornie spokojną wieś, świnie i gospodarzy. Mamy też nikomu nieznanego człowieka. Tajemniczego mężczyznę, który rozpamiętuje swoją przeszłość. Przybywa w nowe miejsce i zachwyca się urokiem zieleni na wyspie. Wyraźnie targany jest emocjami.
Niby zwyczajnie. Chciałoby się rzec: ot, codzienność na wsi. Wszystko zaczyna się zmieniać gdy dochodzi do wydarzeń, które na zawsze zmienią życie mieszkańców wsi. Szaleńcze zachowanie wystraszonych macior w stodole, może się wydawać mało znaczącym, wręcz nudnym opisem. Nic bardziej mylnego: to idealny wstęp do rozważań i refleksji nad przerażającą wizją ludzkiej natury.

Choć początek książki Verssasa nie zwiastuje, większego obrotu spraw, z czasem nie da się nie zauważyć, jak umiejętnie autor operuje tempem w swojej powieści. Najpierw czytelnik spotyka się ze spokojem, normalnością. Jednakże następująca po sobie eskalacja zdarzeń sprawia, że nagle orientuje się, iż oto uczestniczy on w szalonym pościgu za człowiekiem. Jednocześnie nie chcąc, by ów człowiek został złapany. Gdy tempo zdarzeń nagle zwalnia, przed oczami czytelnika ukazuje się nie tylko spokój ale też dziwne uczucie rezygnacji zmieszanej ze smutkiem.

Autor porusza tu temat ludzkiej natury, tego, co tkwi w człowieku? Na przykładzie mieszkańców wsi pokazuje, że natura człowieka jest nieodgadniona dla jego samego. Widzimy tu nie tylko to, do czego jest zdolny człowiek gdy kieruje nim gniew, szał, szaleństwo. Posługując się przykładem matki, która straciła dziecko ukazuje kruchość ludzkich uczuć i emocji. Nakreśla poczucie winy tego, który dokonał strasznego czynu. Ukazuje jak jedna osoba przy pomocy swojej szaleńczej zemsty może porwać cały tłum (tu bardzo dobra alegoria iskry, płomienia).

„Nie myśleć tylko biec razem ze wszystkimi” – te słowa Versaas’a są kwintesencją całości powieści. Natomiast gdy dodać do tego wydarzenia z początku książki, wnioski nasuwają się same: człowiek to istota słaba. Zwłaszcza gdy dotyka go nieszczęście. Powodowany gniewem i żądzą zemsty za wyrządzoną krzywdę, potrafi dokonać rzeczy, o które sam siebie nigdy by nie podejrzewał. Czyni to bezrozumnie. I niczym nie różni się od zwierzęcia. Natomiast uświadomienie sobie strasznych czynów, jakich dokonał powoduje szereg emocji, takich jak: ogromne poczucie winy, wstyd, strach, bezsilność i wyrzuty sumienia. Tak u samego prowodyra, jak i wśród wszystkich uczestników linczu.

Mało interesujący początek może niektórych znudzić, mimo to uważam, że warto zapoznać się z tym tytułem.

Odnaleziony

Found: A Mickey Bolitar Novel, Book 3 - Harlan Coben

"MICKEY BOLITAR" - TOM III

Trzeci tom przygód Mickey’a Bolitar’a i jego przyjaciół. Mickey wraz z przyjaciółmi: znanym z poprzednich części zwariowanym Łyżką, cichą gotką Emą i „piękną dziewczyną ze szkoły” Rachel są wciąż na tropie. Tym razem poszukiwania ojca Mickey’a pociągają przy okazji dwa inne śledztwa. Oto wybucha afera w drużynie koszykarskiej, w której gra nasz główny bohater, a dotąd tajemnicza Ema odrywa swoją inną – bardziej romantyczną – naturę.

Zacznę od tego, że wydarzenia znane mi z drugiego tomu tej serii rozbudziły moje oczekiwania co do tomu trzeciego. W „Kilka sekund od śmierci” fabuła w pewnych fragmentach aż tak nie porywała jak w tomie pierwszym ale niezamknięte wątki miały w sobie sporo sensu. Siłą rzeczy musiałam sięgnąć po trzeci tom. Gdy jednak zaczęłam się z nim mierzyć, zauważyłam niestety duży spadek formy.

Pierwszym minusem jest przede wszystkim sam tytuł. Kto zna poprzednie części ten już wie wszystko i nie musi sięgać po trzeci tom. Kto nie zna treści poprzednich tomów i przeczyta opis trzeciego zacznie się domyślać końca. Nie wiem jak inni czytelnicy, ale ja podczas lektury thrillera – czy też kolejnych części jakiejś serii – lubię „nie wiedzieć za dużo” jeśli chodzi o główny wątek powieści. Więcej w temacie tego minusa chyba nie trzeba dodawać. Za to należą się porządne „baty” i to dla samego… autora!

Drugi minus to fabuła. Podczas lektury tego tomu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, ze autor sam nie wie jak to wszystko zakończyć. Największe takie wrażenie odniosłam na parę rozdziałów przed końcem. Kiedy to dwa nowe wątki zamykają się w taki sposób, że czytelnik zaczyna czuć niedosyt. Co najgorsze: ów niedosyt potęguje samo zakończenie i rozwiązanie głównej zagadki. Oto poczułam, że przez cały trzeci tom nasz bohater właściwie nie dokonał niczego spektakularnego. Równie dobrze autor mógł skrócić to wszystko o jakieś 3/4 treści i zawrzeć w drugim tomie. Nowe wątki mógł sobie darować. Podobnie zresztą ma się sprawa koszykówki. Przeszkadzało mi to już w drugim tomie. Tym razem autor znów pokazuje czytelnikowi jak wspaniale nasz bohater kozłuje piłką, rzuca do kosza, robi uniki podczas meczy… Nudne fragmenty z treningów znów wzbudziły mój niesmak.

Trzecim minusem jest fakt, iż odniosłam wrażenie nie tylko infantylności fabuły ale też jej niedorzecznej konstrukcji. Wątki stały się naiwne, naciągane i w połowie książki chciałam już tylko dowiedzieć się w jaki sposób to wszystko się zakończy. Do tego główny bohater wyjątkowo w tym tomie nie dał się lubić.

Żeby natomiast już się tak nie wyżywać na „Odnalezionym”, dodam parę plusów. A są nimi: krótkie rozdziały, wciąż zabawny Łyżka (choć w tym tomie jest go zdecydowanie za mało) oraz bądź co bądź fakt, iż książkę czyta się w miarę szybko.

Wahałam się by uznać tę książkę za przeciętną. Wtedy jednak musiałabym podnieść ocenę pozostałym częściom. Każda z nich nie zasłużyła jednak za „oczko wyżej”. W ostatecznym rozrachunku „Odnaleziony” otrzymuje ode mnie dwie gwiazdki, gdyż ma więcej minusów niż plusów. Czytałam ją początkowo z zainteresowaniem, a od połowy już tylko „siłą rozpędu”. Natomiast poznawszy zakończenie mam nadzieję, że autor nie wpadnie nagle na pomysł aby trylogię zamienić na więcej tomów.

Pałac lodowy

Pałac lodowy - Tarjei Vesaas

Zachęcona pozytywnymi opiniami oraz w większości bardzo dobrymi ocenami, postanowiłam rozpocząć przygodę z Vesaas’em od „Pałacu lodowego”. Czy była to dobra decyzja? I tak, i nie…

Zaczęło się bardzo dobrze. Oto Vesaas poznał mnie z przebojową, rezolutną, popularną w szkole Siss. Chwilę później poznaję Unn: skromną, cichą, wiecznie trzymającą się gdzieś z boku szkolnego towarzystwa. Jedenastolatka bardzo zaintrygowała swoją osobą Siss, która to zapragnęła poznać ją bliżej. Miedzy dziewczynkami rodzi się nić porozumienia. Przyjaźń? A może bardziej uczucie ocierające się o głęboką fascynację? To już zależy od interpretacji własnej czytelnika.
Gdy pewnego dnia Unn znika, Siss zaczyna poznawać czym jest ból związany ze stratą bliskiej osoby.

Autor opisuje wydarzenia posługując się alegoriami, poetycko wiąże ze sobą przemyślenia, sytuacje. Nieraz robi to w naprawdę ładny sposób. Moją szczególną uwagę zwróciły opisy komnat lodowego pałacu: jedne mroczne, inne wzbudzające zachwyt, a jeszcze inne napawające lękiem lub ogromnym przygnębieniem. Właśnie strach, lęk, niepokój to te uczucia, które Versaas opisuje zręcznie i niekiedy w sposób piękny.

Dlaczego więc oceniam jedynie na dwie i pół gwiazdki? Podczas lektury „Pałacu lodowego” od razu polubiłam tajemniczą Unn, natomiast do Siss poczułam empatię (najbardziej w drugiej połowie książki). Podoba mi się alegoryczne ujęcie tematu. Jednakże nie czuję u siebie tego zachwytu, który poczuli inni czytelnicy.
Pomimo niskiej oceny nie uważam tej książki za przeciętną. Wręcz przeciwnie: można w niej znaleźć wartościowe fragmenty, które zachwycają tak formą, jak i przesłaniem. Moim zdaniem zasługują na ocenę dobrą. Aczkolwiek uczucie niedosytu (spowodowane także tymi fragmentami, które mnie niekiedy zmęczyły) sprawia, że nie mogę wystawić więcej niż 2,5. W przypadku „pałacu lodowego” moje sprawiedliwe dwie i pół gwiazdki oznacza jednak książkę niezłą.

To, czy spodoba się ona innym czytelnikom zależy od indywidualnego gustu. Moich oczekiwań nie spełniła. Polecam jednak zapoznać się z tym tytułem choćby dla możliwości wyrobienia sobie własnej opinii, niekoniecznie pokrywającej się z moją.

Farby wodne

Farby wodne - Lidia Ostałowska

Książka, której główną bohaterką jest Dina Gottliebova - więźniarka obozu w Auschwitz i tym samym osoba, której zadaniem było wówczas wykonywanie akwarelowych portretów więźniów (głównie Cyganów). Portrety te malowała na specjalnie zamówienie jednego z najbardziej okrutnych zbrodniarzy II wojny światowej - Josefa Mengele. Obozowego lekarza który nie zasługiwał na to miano równie dobrze, jak nie zasługiwał na określanie go człowiekiem. Bo nie ma chyba nic bardziej ohydnego od braku człowieczeństwa u ludzi...

"Farby wodne" zaczynają się od zdarzeń sprzed wojny. I ten początek jest przyjemny bo zaczyna się niewinnie - od bajki Disney'a o "Królewnie Śnieżce". Jak można się domyślić: wraz z następnymi rozdziałami już nie jest tak kolorowo. Poznajemy codzienność Diny, jej spojrzenie na obozowe realia oraz relacje z doktorem Mengele.

W książce możemy spotkać nie tylko opisy Diny Gottliebovej. Czytelnik ma okazję "wejść do obozu" i wraz ze słowami autorki zobaczyć jak wyglądało codzienne życie więźniów. Dla mnie takim interesującym fragmentem z książki były opisy więźniów-malarzy (rzecz, z jaką do tej pory nie spotkałam się w innych książkach traktujących o Auschwitz).
Można również poznać samego Josefa Mengele, aczkolwiek opisy poświęcone jego osobie są tu wybiórcze. Ja traktuję je jako zbiór informacji w pigułce. Dlatego zainteresowanych osobą Mengelego zachęcam do lektury książki "Josef Mengele. Doktor z Auschwitz" autorstwa Ulrich'a Völklein'a (poświęconej nie tylko jego działaniom w Auschwitz, ale też życiu sprzed jego niesławnej kariery oraz poczynaniom po przegranej przez Niemcy wojnie).

Wracając do "Farb wodnych" dodam, iż większą połowę książki czytało mi się stosunkowo dobrze. Do plusów zaliczam liczne fotografie czarno-białe lub w kolorze, które pomagają czytelnikowi lepiej zobrazować książkę i opisywane w niej sytuacje.
Jej końcowe podrozdziały utwierdziły mnie w przekonaniu, iż dla niektórych ludzi ważniejsze są spory o to gdzie ma stać krzyż (podrozdział "Odsiecz") - swoją drogą: jakież to uderzająco podobne do znanych i wciąż jeszcze pamiętanych wydarzeń z Krakowskiego Przedmieścia sprzed paru lat...
Nie przypadły mi do gustu rozdziały, opisujące walkę Diny Gottliebovej o zwrot akwareli, ponieważ moim skromnym zdaniem podrozdziały te zaburzyły mi odbiór książki jako całości.

Teraz czytam

Diabeł ubiera się u Prady
Lauren Weisberger, Hanna Szajkowska
Przeczytane:: 77/448 stron
Światło między oceanami
M.L. Stedman
Przeczytane:: 6 %
Pokój
Emma Donoghue
Przeczytane:: 413/413 stron
Nieznośna lekkość bytu
Milan Kundera
Przeczytane:: 48/154 stron
Láska nebeská
Mariusz Szczygieł
Przeczytane:: 121/121 stron
Drogi Przywódca
Jang Jin-Sung
Przeczytane:: 46/289 stron
Lekcja stylu
Jolanta Kwaśniewska
Przeczytane:: 77/232 stron
Znalezione niekradzione
Stephen King
Przeczytane:: 70/480 stron
Bóg urojony
Piotr J. Szwajcer, Richard Dawkins
Przeczytane:: 322/520 stron
Miasteczko Salem
Stephen King
Przeczytane:: 185/542 stron